„Jedziesz z nami, więc ja wybieram własny hotel” — po dwudziestu latach małżeństwa żona rozdzieliła wakacje, a wtedy jej mąż po raz pierwszy zrozumiał, kogo przez całe życie stawiał na pierwszym miejscu

— Co to ma znaczyć — osobno?

Z jej głosu zniknęła cała wcześniejsza słodycz.

— Chodzi o pieniądze? O parę groszy nie chcesz mieszkać w jednym pokoju z matką własnego męża? Wyrzucasz mnie?

— Nikogo nie wyrzucam — powiedziała spokojnie Zofia. — Wy jedziecie na urlop. Zmieniłam tylko jeden bilet. Swój.

— No popatrz na nią! Marek, słyszysz, co twoja żona wyprawia?! Wszystko urządziła na złość mnie! Dwadzieścia lat żyła z mężem, a teraz zostawia go z matką na dworcu!

— Nikogo nie zostawiam. Będę niedaleko. Po prostu zamieszkam osobno.

Zofia dopięła małą torbę podróżną i postawiła ją przy drzwiach.

— Pani Tereso, tak bardzo chciała pani odpocząć. Proszę więc odpoczywać i dobrze się bawić.

Teściowa ciężko opadła na łóżko.

Prosto na własny kapelusz.

Późnym wieczorem, kiedy głosy w sypialni wreszcie ucichły, Marek przyszedł do kuchni.

Zofia siedziała przy stole z kubkiem herbaty.

Nie zapaliła światła.

— Zosiu, po co to zrobiłaś? — zaczął cicho. — Naprawdę chciałem dobrze. Mamie dobrze zrobi kąpiel w ciepłej wodzie. Lekarz mówił jej, że źródła termalne pomagają na stawy.

— Lekarz?

— No tak.

— A mnie kiedy zamierzałeś powiedzieć, że twoja matka jedzie z nami? Na dworcu? Czy dopiero w pociągu miałam zauważyć, że jest nas troje?

Marek milczał.

Kiedy nie ma się odpowiedzi, najłatwiej patrzeć z wielkim skupieniem w podłogę.

— Zadzwoniła do mnie i zaczęła płakać — powiedział w końcu. — Mówiła, że jest zupełnie sama, że wszyscy o niej zapomnieli. Nie umiałem jej odmówić.

— Mnie odmówiłeś bardzo łatwo — zauważyła Zofia. — Osiem miesięcy planowaliśmy ten wyjazd. Jeden telefon mamy i nagle jest nas troje.

Dopiła zimną herbatę.

Opłukała kubek.

Potem zdjęła z lodówki ten sam kalendarzyk, na którym Marek odliczał dni do urlopu.

Nie wyrzuciła go jednak.

Starannie schowała go do kartonowej teczki z napisem „Góry”.

Obok zdjęcia pokoju z balkonem.

Ostatecznie pojechali tym samym pociągiem.

Marek z matką zajęli miejsca w trzecim wagonie.

Zofia wsiadła do dziewiątego.

Tylko tam udało się znaleźć wolne miejsce przy przejściu.

Na peronie w górskim miasteczku każde z nich ruszyło w inną stronę.

Teresa pewnym krokiem szła przodem, głośno wydając polecenia na cały dworzec i ciągnąc bordową walizkę.

Marek wlókł się za nią z dwiema torbami.

Zofia spokojnie zamówiła taksówkę i pojechała do swojego hotelu.

Jej pokój był niewielki.

Za to niezwykle cichy.

Z balkonu rozciągał się widok na ogród, w którym na sznurze suszyła się czyjaś świeżo wyprana koszula.

Zofia rozpakowała ubrania, przebrała się i zeszła na basen.

A potem po prostu zanurzyła się w ciepłej wodzie.

Pod koniec września w górach panuje osobliwa pogoda.

W dzień temperatura potrafi wzrosnąć do dwudziestu dwóch stopni, a nocą spaść mniej więcej do dwunastu.

O świcie nad termalną wodą unosi się gęsta, biała para.

Czasem jest tak zwarta, że prawie nie widać przeciwległego brzegu basenu.

Zofia pływała w tej mgle zupełnie sama.

Na sąsiedniej ulicy jakiś mężczyzna uruchamiał mały ciągnik.

W powietrzu mieszał się zapach wilgotnych winogron i odległego dymu.

Nikt nie pytał, dlaczego tak długo siedzi w wodzie.

Nikt nie poganiał jej na śniadanie.

Nikt nie układał za nią planu dnia.

Pierwszego dnia Marek demonstracyjnie się obrażał, choć dzieliła ich zaledwie odległość między dwoma hotelami.

Wysłał tylko jedną wiadomość:

„I jak? Podoba ci się samej?”

Zofia odpisała jednym słowem:

„Cicho”.

Później już się nie odezwał.

Drugiego dnia, jak dowiedziała się dopiero później, jego matka zafundowała mu bardzo intensywny program zwiedzania.

Najpierw zamek w palącym słońcu.

Teresa długo targowała się z przewodnikiem o każdą złotówkę.

Potem targowisko.

Wieczorem wspólna kolacja, podczas której bez przerwy tłumaczyła synowi, że je za mało, wydaje za dużo i zdecydowanie za bardzo rozpieszcza żonę.

Zofia nic o tym wtedy nie wiedziała.

Przez pierwsze dwa dni pływała rano.

Czytała książkę.

Jadła obiad wtedy, kiedy miała ochotę.

Spała tak długo, jak potrzebowała.

Bez codziennego:

„Marku, wstawaj, autobus nie będzie na nas czekał!”.

Trzeciego dnia przy jej leżaku zatrzymał się czyjś cień.

Zofia podniosła wzrok.

Przed nią stał Marek.

Miał na sobie szorty, a przez ramię przewiesił ręcznik.

Twarz była czerwona.

Nie wiadomo było, czy spaliło go słońce, czy po prostu czuł się niezręcznie.

— Cześć.

— Cześć.

Przez chwilę przestępował z nogi na nogę.

— Mogę usiąść tutaj?

Zofia spojrzała na sąsiedni leżak.

— Możesz. Jest jedno wolne miejsce. Nie trzy.

Marek ostrożnie usiadł.

Długo poprawiał ręcznik, szukał wygodnej pozycji i patrzył na spokojną taflę wody.

— Mama jest na nogach od siódmej — powiedział w końcu. — Jutro już zaplanowała wyprawę nad górskie jezioro. Wyobrażasz sobie? Pięć godzin autobusem w jedną stronę! Zosiu, przez te dwa dni zmęczyłem się bardziej niż przez cały miesiąc w warsztacie.

— Tak się czasem zdarza — odparła spokojnie.

— Powiedziałem jej, że dzisiaj odpocznę osobno.

— I co na to?

— Obraziła się. Stwierdziła, że jesteś dla mnie ważniejsza od niej, że wszedłem ci pod pantofel i że w ogóle nie powinienem był się zgadzać na ten wyjazd.