Kasjerka wypowiedziała należność — siedem tysięcy sto dwanaście złotych — i Magdalena odruchowo sięgnęła do torebki. Jej dłoń doskonale wiedziała, w której przegródce leży portfel. Tak samo bezbłędnie znajdowała w ciemnym korytarzu włącznik światła i pamiętała, który palnik na kuchence od pewnego czasu szwankuje.
Teściowa delikatnie chwyciła ją jednak za nadgarstek. Nie gwałtownie, raczej z czułością, jak zatrzymuje się dziecko, które chce dotknąć czegoś gorącego.
— Nie ty — powiedziała spokojnie Krystyna. Po chwili, nawet nie odwracając głowy, dodała: — Grzegorz, płać.
Grzegorz, który właśnie wkładał do reklamówki butelkę ziołowego alkoholu, zamarł.
Trzy dni wcześniej Krystyna przyjechała porannym busem. W mieście rozgościł się już październik i pierwsze przymrozki: o świcie trawniki pokrywał srebrzysty szron, ale w ciągu dnia słońce potrafiło jeszcze przyjemnie przygrzać, tak że człowiek miał ochotę rozpiąć płaszcz. W ich bloku ogrzewania nadal nie włączono, więc w mieszkaniu panował chłód. Magdalena chodziła po domu w grubym, wełnianym swetrze, a Grzegorz siedział przy stole w niedawno kupionej puchowej kurtce, jakby nie zamierzał zdejmować jej nawet podczas obiadu.
— Popatrz, mamo, co sobie kupiłem — pochwalił się, rozkładając szeroko ręce. — Prawie nic nie waży, a grzeje tak, że można by się w niej położyć prosto na śniegu. Model kanadyjski.
— Bardzo porządna — przyznała Krystyna. — A Magdalenie takiej nie kupiłeś?
— Ona ma kurtkę.
Magdalena obierała wtedy ziemniaki i nawet nie podniosła głowy.
Już pierwszego wieczoru Krystyna zauważyła kartkę przyczepioną do lodówki magnesem znad morza. Drobne, staranne pismo synowej układało się w listę zakupów: „Jajka (10), mleko, kasza gryczana, udka z kurczaka (promocja do czwartku), masło, chleb, jabłka dla Zuzanny”. Przy każdym produkcie widniała cena. Niektóre kwoty były przekreślone, a pod nimi wpisano niższe.
Telewizor w salonie zajmował niemal całą ścianę. Grzegorz kupił go we wrześniu, tłumacząc, że będzie potrzebny „na mistrzostwa”.
Drugiej nocy Krystyna obudziła się około wpół do drugiej, bo chciało jej się pić. W kuchni wciąż paliło się światło.
Magdalena stała przy stole w tym samym grubym swetrze i rękawem cukierniczym wyciskała na torcie białe różyczki. Obok leżał telefon z otwartym zdjęciem. Klientka prosiła, żeby tort wyglądał „dokładnie tak jak na fotografii, tylko żeby był na nim jeszcze miś”.
— Dlaczego nie śpisz, kochanie?
— Och, obudziłam panią? Przepraszam. To zamówienie na sobotnie urodziny. Muszę skończyć dzisiaj, żeby krem przez noc dobrze stężał.
— Często pracujesz po nocach?
— Kiedy są zamówienia. Zwykle dwa albo trzy razy w tygodniu — odpowiedziała zmęczonym uśmiechem Magdalena. — Ale pieniądze są niezłe, mamo. Na jedzenie prawie wystarczają.
— A twoja pensja? Na co ją przeznaczasz?
— Na rachunki, zajęcia Zuzanny i coś na zimę.
— A pieniądze Grzegorza?
Magdalena nie odpowiedziała. Ostrożnie poprawiła tylko misiowi przekrzywione ucho.
Krystyna nalała sobie wody, a potem długo siedziała na stołku i przyglądała się synowej. Dłonie Magdaleny były zaczerwienione, a skóra przy paznokciach popękana. Takie ręce miała kobieta, która bez przerwy pierze, sprząta, gotuje i szoruje, a dla siebie niemal niczego nie kupuje.
O pieniądzach usłyszała następnego wieczoru. Nie musiała nawet podsłuchiwać — Grzegorz mówił wystarczająco głośno, bo najwyraźniej nie widział w swoich słowach niczego niewłaściwego.
— Magda, ja przecież nie mam nic przeciwko. Po prostu mam teraz inne plany. Mam czterdzieści pięć lat, przez dwadzieścia lat wszystko dźwigałem na swoich barkach. Czy nie mam prawa choć trochę pożyć dla siebie?
— Masz. Proszę tylko, żebyś ty również dokładał się do zakupów. Chociaż połowę.
— Ale ty zarabiasz na tortach. Na jedzenie wystarcza, więc po co wydawać jeszcze moje pieniądze?
Na korytarzu zapadła cisza. Po chwili Magdalena odezwała się tak spokojnie, że Krystynie ścisnęło się serce:
— Dobrze. Rozumiem.
Potem poszła do łazienki. Zza drzwi dobiegł szum wody.
Grzegorz włączył telewizor. Właśnie zaczynała się relacja z meczu.
Krystyna siedziała w fotelu z robótką na kolanach, a druty w jej palcach poruszały się coraz szybciej. Przypomniała sobie siebie w wieku dwudziestu ośmiu lat, małą kuchnię w rodzinnym mieście i swojego męża Jerzego, który kiedyś uznał, że wypłata należy wyłącznie do niego, a dom i rodzina somehow poradzą sobie same. Wspomniała też teściową, babcię Anielę — drobną, niską kobietę o głosie dowódcy. Tamtego czasu wystarczyła jej jedna rozmowa z własnym synem, sam na sam, w komórce. Jerzy wrócił stamtąd czerwony na twarzy i milczący. Od tamtego wieczoru przynosił wypłatę do domu i oddawał rodzinie wszystko co do grosza.
Wtedy Krystyna przyrzekła sobie, że jeśli jej własny syn kiedykolwiek stanie się podobny, nie będzie siedziała cicho.
— Grzegorz — powiedziała, odkładając druty. — Jutro sobota. Przed wyjazdem chciałabym przygotować wam porządną kolację. Pojedźmy wszyscy do sklepu.