Maria Kowalska po raz trzeci przeliczyła pieniądze schowane w kopercie z napisem „prąd i gaz”. Suma wciąż się nie zgadzała. Wygładziła dłonią każdą zmiętą banknotę, jakby od tego mogło jej przybyć, a potem ostrożnie wsunęła wszystko z powrotem do środka.
Czterysta złotych.
Do emerytury zostało jeszcze dziewięć dni.
W lodówce czekała połowa kurczaka, przeznaczona na jutrzejszy obiad dla gości.
Zaledwie tydzień wcześniej koperta była wyraźnie grubsza. W ich niewielkim mieszkaniu w starej dzielnicy panowała zwyczajna, spokojna cisza, a największym problemem Marii było to, czy wystarczy pustych słoików na domowy sos z papryki.
Tamtego wieczoru zakręcała właśnie ostatni słoik.
W kuchni unosił się zapach słodkiej papryki, pomidorów i czosnku. Szyba zaparowała od gorącej pary, a Jan drzemał w fotelu, słuchając monotonnych wiadomości.
Dzwonek do drzwi odezwał się długo i natarczywie. Brzmiało to tak, jakby ktoś przycisnął przycisk łokciem i wcale nie zamierzał go puścić.
— Janku, spodziewasz się kogoś? — Maria wytarła ręce w kuchenny ręcznik.
— Chyba nie… — Mężczyzna podniósł się, jeszcze zaspany. — Może to sąsiad z dołu znowu przyszedł w sprawie kaloryfera.
Na klatce nie stał jednak żaden sąsiad.
W progu, w czerwonym kapeluszu z szerokim rondem, stała Katarzyna — kuzynka Jana z małej miejscowości oddalonej o kilkadziesiąt kilometrów.
Za nią wznosiła się ogromna walizka na kółkach. Z taką walizką ludzie zwykle wybierali się nad morze co najmniej na miesiąc.
Nieco dalej przestępował z nogi na nogę jej mąż Tomasz, ściskając w obu dłoniach wielkie torby w kratę.
— No i jesteśmy! — Katarzyna już obejmowała Marię, zostawiając wokół niej ciężki, słodki zapach perfum. — Nie spodziewaliście się? Tym lepiej, będzie ciekawiej!
— Kasiu! Tomku! — Jan rozłożył szeroko ramiona. — Dlaczego nie daliście znać? Przyjechałbym po was na dworzec.
— Jak to nie daliśmy znać? — Katarzyna uniosła brwi z udawanym oburzeniem. — Dzwoniłam do ciebie w niedzielę. Powiedziałam: „Janku, pakujemy się i przyjeżdżamy, czekaj na nas”. I co?
— Myślałem, że żartujesz — Jan podrapał się po głowie. — Kto zostawia gospodarstwo w środku lata?
Maria spojrzała na walizkę.
Potem popatrzyła na męża.
Jan z jakiegoś powodu uparcie wpatrywał się w podłogę.
Było już po dziesiątej wieczorem, ale podróżnych nie można przecież położyć spać z pustym żołądkiem. Maria wyjęła jajka, pokroiła chleb i otworzyła słoik marynowanych ogórków, który od dawna zachowywała na wyjątkową okazję.
— Siadajcie. Opowiadajcie, co was do nas sprowadziło.
— Oj, Marysiu, od razu brzmisz jak na przesłuchaniu — zaśmiała się Katarzyna, zajmując sobą niemal całą małą kuchnię. — Stęskniliśmy się. Rodzina, wiadomo. Życie jest krótkie, a widujemy się raz na kilka lat.
— To prawda — Maria odstawiła patelnię na podstawkę. — Tylko że mamy jedno małe mieszkanie. Gdzie was położę?
— Nam wystarczy jakikolwiek kąt!
— Na podłodze spać nie będziecie. Rozłożymy kanapę w kuchni. Będzie ciasno, ale jakoś się zmieścimy. Zostajecie na parę dni?
— Na trzy — odpowiedziała Katarzyna i szybko wymieniła spojrzenie z Tomaszem.
Tej nocy Maria długo nie mogła zasnąć.
Za ścianą jednostajnie pracowała lodówka, a z kuchni dobiegało chrapanie Tomasza.
— Janku — szepnęła. — Z taką walizką nie przyjeżdża się na trzy dni.
— Nie wymyślaj. Chcieli trochę pozwiedzać.
Odwrócił się do ściany zdecydowanie zbyt szybko.
Maria znała męża od czterdziestu dwóch lat.
Doskonale wiedziała, jak odwracał głowę, kiedy próbował coś przed nią ukryć.
Tak samo leżał, gdy pożyczył od chrześniaka pieniądze na „wyjątkowo korzystny interes” z częściami samochodowymi.
I dokładnie w ten sam sposób odwrócił się, kiedy okazało się, że z interesu nic nie wyszło.
Odkąd Jan przeszedł na emeryturę po latach pracy w bazie transportowej, nie potrafił pogodzić się z tym, że teraz trzeba liczyć każdą złotówkę.
Wciąż wydawało mu się, że za chwilę nadarzy się okazja, która przywróci im dawne życie.
Tyle że zamiast szczęśliwych szans pojawiały się kolejne długi.
Następnego ranka Maria, jak zawsze, obudziła się o szóstej.
Wyszła na korytarz i zatrzymała się w pół kroku.
Przejście do kuchni było niemożliwe — spali tam goście.
Przez chwilę nasłuchiwała, po czym cicho wróciła do sypialni.
„Ludzie ze wsi — pomyślała. — Wstaną przecież razem ze słońcem”.
Katarzyna pojawiła się dopiero około wpół do dwunastej.
W szlafroku, z potarganymi włosami i miną osoby całkowicie zadowolonej z życia.
— Jak tu się wspaniale śpi! Żadnych kogutów, krów ani sąsiadki, która od piątej rano tłucze wiadrami. To dopiero życie!
Maria bez słowa postawiła przed nią talerz z omletem i kanapkami.
Katarzyna poruszyła widelcem.
— I to wszystko?
Maria podniosła wzrok.
— A czego się spodziewałaś?
— No wiesz, Marysiu… Jesteś przecież miejską gospodynią. Myślałam, że będzie coś porządnego. Jakieś mięso, sałatki, żeby było jak u ludzi.
— Żyjemy skromnie, Kasiu.
— Widzę — prychnęła. — Nic nie szkodzi. Na obiad postarasz się bardziej.
Maria poczuła, że policzki zaczynają ją piec.