Czy miała powiedzieć, że do emerytury zostało jej prawie bez pieniędzy?
Że Jan jest winien pieniądze niemal połowie garażowej spółdzielni?
Nie potrafiła.
Kiedy goście poszli na spacer do parku, Maria narzuciła sweter i zeszła piętro niżej, do sąsiadki Heleny.
Helena otworzyła jej w okularach, trzymając w dłoni gazetę z krzyżówką.
— Pani Heleno, strasznie mi niezręcznie… Czy mogłaby mi pani pożyczyć do emerytury? Przyjechali niespodziewanie krewni Jana. Chcą, żeby wszystko wyglądało jak należy.
Sąsiadka nic nie odpowiedziała.
Podeszła do kredensu, wyjęła portmonetkę spod porcelanowej figurki baletnicy i odliczyła potrzebną sumę.
Potem zamknęła palce Marii w swoich dłoniach.
— Oczywiście, dziecko. Ale posłuchaj starej, niemądrej kobiety. Jeżeli ktoś przyjeżdża bez zapowiedzi z ogromnymi walizkami, a później jeszcze układa gospodyni menu, to znaczy, że nie zjawił się wyłącznie z wizytą. Powiedz im, jak naprawdę wygląda wasza sytuacja.
— Nie mogę. Wstyd mi.
— To nie ty powinnaś się wstydzić — westchnęła Helena. — Zrobisz, jak zechcesz. Tylko patrz uważnie i nie zamykaj oczu.
Wieczorem stół uginał się od jedzenia.
Maria upiekła wieprzowinę ze śliwkami, przygotowała sałatkę jarzynową, śledzie pod pierzynką i sałatkę z wątróbką.
Katarzyna jadła z apetytem, chwaliła gospodynię i kilka razy dokładała sobie porcję.
W końcu odchyliła się na krześle i westchnęła z rozmarzeniem:
— Wszystko było pyszne, Marysiu. Ale do herbaty miałabym ochotę na prawdziwy tort z kremem i orzechami. Skoro już jesteśmy w mieście…
Następnego dnia Maria znów poszła do Heleny.
Potem ruszyła do cukierni.
Tort kosztował niemal tyle, ile zwykle wydawała na jedzenie przez cały tydzień.
Niosła duże pudełko przewiązane cienkim sznurkiem i myślała o zimowych butach, na które odkładała pieniądze od wiosny.
Buty musiały poczekać.
Wieczorem Jan, promieniejąc z radości, oznajmił:
— Kasia z Tomkiem postanowili zostać jeszcze tydzień! Wspaniale, prawda?
Maria oparła się o framugę.
— Janku — Katarzyna natychmiast ujęła brata pod ramię — po spaniu na tej kuchennej kanapie plecy mnie strasznie bolą. Może przeniesiemy się do waszego pokoju, a wy będziecie spać w kuchni? Jesteście u siebie, jakoś sobie poradzicie.
— Oczywiście! — Jan zgodził się natychmiast, nawet nie patrząc na żonę.
Maria w milczeniu wyjęła z szafy świeżą pościel i przygotowała dla gości własne łóżko.
To samo, w którym spała przez niemal czterdzieści lat.
Kuchenną kanapę rzeczywiście trudno było nazwać wygodną.
Zapadała się pośrodku, a jedna ze sprężyn wbijała się Marii prosto w żebro.
Leżała na boku i starała się nie poruszać.
— Janku, kiedy oni wreszcie wyjadą? — wyszeptała. — Prawie nie mamy już pieniędzy na chleb. Dwa razy pożyczałam od Heleny.
— Marysiu, tylko nie zaczynaj. Niech ludzie chociaż raz zjedzą jak należy.
Chciała odpowiedzieć, ale z pokoju dobiegły przyciszone głosy.
Drzwi od dawna nie domykały się z powodu osiadania budynku.
— Jeszcze trochę wytrzymaj — szeptała Katarzyna. — W czwartek Jan wszystko podpisze i mieszkanie będzie nasze. Sprzedamy je, a potem przeniesiemy się do stolicy.
— A Maria? — zapytał głucho Tomasz.
— Co z Marią? Przez całe życie milczała. Teraz też będzie milczeć.
Sprężyna przestała wbijać się w ciało.
Maria nie czuła już nic.
Tylko chłód, który powoli przesuwał się od stóp aż do gardła.
Nagle zrozumiała, po co przywieźli tę ogromną walizkę.
Następnego ranka, gdy Katarzyna i Tomasz wyszli na targ, Maria zamknęła drzwi na oba zamki, a potem usiadła naprzeciwko męża.
— Co dokładnie zamierzasz podpisać w czwartek?
Jan najpierw udał zaskoczenie.
Później spojrzał jej w oczy.
I natychmiast jakby uszło z niego całe powietrze.
Opowiadał długo, chaotycznie, plącząc się we własnych słowach.
Wiosną Katarzyna zadzwoniła do niego z propozycją „niezwykle korzystnej zamiany”.
Ich mieszkanie miało zostać wymienione na jej dom w małej miejscowości.
Dom z działką i ogrodem.
Do tego Katarzyna obiecywała dopłatę.
Właśnie z tej dopłaty Jan chciał spłacić wszystkie swoje długi.
— Dom z ogrodem, Marysiu — mamrotał. — Świeże powietrze, własna ziemia… Myślałem, że ci się spodoba.
— A zapytać mnie o zdanie nie zamierzałeś?
Nie odpowiedział.
— Jan, oni chcą wyrzucić nas z naszego własnego mieszkania. Rozumiesz to?
Mężczyzna zakrył twarz dłońmi.
Maria patrzyła na jego siwe włosy i sama nie wiedziała, co czuje mocniej — gniew czy żal.
— Gdzie jest notariusz?
Kancelaria notarialna mieściła się na parterze pięciopiętrowego budynku przy głównej ulicy.
Maria przyjechała pół godziny przed umówionym terminem.
Katarzyna i Tomasz już siedzieli w korytarzu na krzesłach obitych sztuczną skórą.
— Ojej, Marysiu! — Katarzyna natychmiast się podniosła. — My tylko załatwiamy tu swoje sprawy…
Drzwi gabinetu otworzyły się.
Młoda notariuszka w okularach uśmiechnęła się uprzejmie.
— Zapraszam. Dokumenty są już przygotowane. Brakuje tylko podpisów.
Maria weszła pierwsza.
Usiadła przy biurku.
— Proszę mi pokazać wszystkie dokumenty.
Notariuszka przez moment wyglądała na zaskoczoną, ale podała jej teczkę.