O szóstej czterdzieści rano Helena wbiła do miski dziesiąte jajko i na chwilę zastygła, trzymając w dłoni pustą skorupkę.
Dziesiąte. Dwie dziesiątki kupiła od pani Krystyny z domu naprzeciwko, po sąsiedzku, i miały wystarczyć do środy. Teraz nie wystarczą nawet do obiadu.
Za oknem ktoś się śmiał. Ktoś inny chlusnął wodą z miski, rozległ się krzyk i skrzypnięcie furtki. Na patelni skwierczały ostatnie cztery parówki — te same, które Piotr przywiózł z miasta w czwartek i powiedział wtedy:
— Na weekend. Tylko nikomu ich nie oddawaj.
Helena spojrzała na patelnię i cicho roześmiała się sama do siebie.
* * *
Poprzedniego wieczoru, około wpół do jedenastej, właśnie zamierzała iść spać, kiedy przed domem zawarczał silnik.
Piotr wyszedł na ganek w samych szortach, boso, i znieruchomiał. Po wyboistej drodze na podwórko wjeżdżało kombi jego siostry. Furtkę otwarto na oścież, jakby wszyscy od dawna czekali na przyjazd gości.
— Niespodzianka! — zawołała Lidia zza kierownicy.
Niespodzianka rzeczywiście się udała. Z bagażnika wyjęto pasiasty materac, dwie torby plażowe, stroje kąpielowe, sportowe buty, koc, kremy z filtrem i sześć par klapek. I to wszystko.
Ani chleba. Ani kawałka mięsa. Ani arbuza, ani nawet paczki ciastek do herbaty.
— Helenko, nie przejmuj się, my jesteśmy niewymagający — powiedziała szwagierka, obejmując ją i pachnąc czymś słodkim oraz drogim. — Najważniejsze, że jesteśmy razem.
Marek, jej mąż, zaniósł materac pod gruszę. Chłopcy — Kacper miał siedemnaście lat, a Bartek piętnaście, obaj byli już wyżsi od Heleny — od razu skierowali się do lodówki.
Tego wieczoru Helena wyjęła z piwnicy konfiturę wiśniową i słoik ogórków, który zachowała na urodziny Piotra.
* * *
W sobotę po drugiej na werandę wyszła Lidia — wypoczęta, wyspana, w lekkiej sukience i z delikatnie umalowanymi ustami.
— Helenko, co dziś jemy na obiad? Chłopcy tak się wybiegali, że umierają z głodu.
Helena wytarła ręce papierowym ręcznikiem, wrzuciła go do kosza pod zlewem i odwróciła się do niej.
— Obiad jest w sklepie.
— Co masz na myśli?
— Do sklepu są dwa kilometry. Przez zagajnik. Przejdziecie się, apetyt będzie jeszcze większy.
Lidia zamrugała kilka razy, jakby usłyszała coś zupełnie absurdalnego.
— Nie rozumiem żartu.
— To nie żart. Na półkach są produkty. Bierzesz koszyk, wkładasz do niego makaron, mięso i ziemniaki, idziesz do kasy i płacisz.
Uśmiech powoli zniknął z twarzy szwagierki.
— Przyjechaliśmy w gości. Myślałam, że masz już ugotowany barszcz. Albo zamarynowane mięso. W końcu jechaliśmy na działkę — natura, grill…
— Właśnie — Helena skrzyżowała ramiona. — Wy przyjechaliście odpoczywać. A ja mam ten odpoczynek obsługiwać?
— Nie przesadzaj. Ugotowanie garnka zupy to taka wielka praca?
— Dla sześciu osób?
— Przecież was jest dwoje, a nas czworo.
— Właśnie o to chodzi. Czworo prawie dorosłych ludzi przyjechało bez zapowiedzi i z pustymi rękami, a teraz pyta, co przygotowałam im do jedzenia.
— Chłopcy nie są dorośli.
W tej samej chwili zza domu wyłonił się Kacper. W ręce trzymał zimną butelkę wody, którą Helena rano włożyła do lodówki dla siebie.
— Mamo, kiedy będzie można coś zjeść?
Helena bez słowa spojrzała na Lidię.
— No widzisz, dzieci są głodne — powiedziała tamta z zakłopotaniem.
— Widzę.
— I co teraz?
— Już powiedziałam.
Kacper przestąpił z nogi na nogę.
— A co mamy kupić?
Po raz pierwszy tego dnia Helena się uśmiechnęła.
— Bardzo dobrze. To jest właściwe pytanie.
— Nigdzie nie pójdziecie — ostro odparła Lidia, odwracając się do syna. — Jesteśmy gośćmi.
— Mamo, dwa kilometry to dwadzieścia minut.
— Powiedziałam, że nie.
Helena otworzyła lodówkę. Urządzenie zabuczało jeszcze głośniej — od trzech lat ona i Piotr odkładali zakup nowej, ale pieniądze za każdym razem pochłaniał dach albo bojler.
W środku zostało pół słoika śmietany, trzy ogórki, masło, trochę mleka i pojemnik z wczorajszą kaszą gryczaną.
— To są nasze zapasy, Lidia.
— I co z tego?
— To, że wieczorem nic z nich nie zostanie, jeśli zacznę karmić całą waszą czwórkę.
— Oj, później coś kupimy!
— Kto?
— Piotr pojedzie.
Helena krótko się zaśmiała.
— Oczywiście.
— No co? To mój brat.
— I?
— Jesteśmy rodziną.
Helena zamknęła lodówkę.
— Rodzina to wtedy, kiedy ktoś dzwoni i mówi: „Przyjedziemy na tydzień, co mamy przywieźć?”.
— Kto powiedział, że na tydzień?
Zapadła cisza.
— A na ile?
Lidia spuściła wzrok i zaczęła poprawiać ramiączko sukienki.
— No… do następnej niedzieli.
— Dziś jest sobota.
— Wiem.
— Czyli osiem dni.
— Marek ma urlop, chłopcy wakacje. Mieliśmy jechać nad morze, ale zobaczyliśmy ceny i uznaliśmy, że tutaj będzie taniej.
Helena przez kilka sekund tylko na nią patrzyła. Sytuacja robiła się coraz ciekawsza.
— Piotr o tym wie?
— Oczywiście.
— O ośmiu dniach?
— Mówiłam, że chcemy trochę pobyć.
— Jak długo dokładnie?
— Helenko, jakie to ma znaczenie?
— Ogromne.
* * *
Piotr nadchodził od strony szopy z wędkami w ręku.
— Co ma takie znaczenie?
— Twoja siostra twierdzi, że zostają do następnej niedzieli.
Zatrzymał się na środku podwórka.