— Do której niedzieli?
— Piotr, nie rób takiej miny. Przecież pisałam, że przyjedziemy odpocząć.
— Napisałaś: „Może wpadniemy na weekend”.
— Plany trochę się zmieniły.
— I uznałaś, że nie musisz o tym powiedzieć.
— A co miałam mówić? Dom jest duży.
Helena powoli skinęła głową.
— To zdanie wiele wyjaśnia.
— Co?
— „Dom jest duży”. Teraz przynajmniej rozumiem skalę problemu.
Piotr podrapał się po głowie.
— Lidia, tydzień naprawdę trzeba było z nami ustalić.
— Ty też zaczynasz?
— Ale co?
— Stajesz po stronie żony.
— Nie — powiedziała Helena. — Nie udawajmy, że problem polega na tym, iż Piotr się mnie boi. Problem w tym, że czworo ludzi postanowiło spędzić urlop na nasz koszt.
— Nikt nie powiedział „na wasz koszt”!
— Dobrze. Ile pieniędzy przywieźliście na jedzenie?
Lidia milczała.
— Ile?
— Mamy pieniądze.
— Świetnie. W takim razie sklep jest dwa kilometry stąd.
— Dlaczego tak się uczepiłaś tego sklepu?
— Bo nie zamierzam przez tydzień żywić czworga zdrowych ludzi tym, co mam w lodówce.
Marek, który do tej pory leżał w hamaku i bardzo przekonująco udawał sen, w końcu uniósł głowę.
— Heleno, nie denerwuj się. Zaraz pojedziemy.
— I bardzo dobrze.
— Tylko weźmiemy samochód Piotra.
Piotr uniósł brwi.
— A wasz?
— Prawie nie ma w nim paliwa.
— To zatankujcie.
— Paliwo jest teraz takie drogie.
— W naszym samochodzie jest tańsze?
— Oddam ci później.
Piotr już sięgał po kluczyki. Helena nic nie powiedziała. Tylko na niego spojrzała. Jego dłoń zatrzymała się w kieszeni.
— Nie — oznajmił Piotr. — Jedźcie swoim. Stacja jest przy wyjeździe ze wsi.
Lidia powoli przeniosła wzrok na brata.
— Mówisz poważnie?
— Całkowicie.
— Żałujesz siostrze pieniędzy na dwieście złotych paliwa?
— Nie żałuję. Po prostu nie rozumiem, dlaczego wy odpoczywacie, a my mamy za to płacić.
Lidia pobladła.
— Oboje zachowujecie się dzisiaj jak wariaci.
— Nie — odparła spokojnie Helena. — Po prostu pierwszy raz przestaliśmy milczeć.
* * *
Dwadzieścia minut później cała rodzina jednak odjechała. Swoim samochodem. Lidia demonstracyjnie trzasnęła drzwiami.
— Co kupić?
Helena podała jej kartkę wyrwaną z zeszytu.
— Orientacyjna lista produktów dla waszej rodziny.
Szwagierka przebiegła wzrokiem po zapisanych pozycjach: mięso, kasze, olej, mleko, chleb, jajka, warzywa i owoce.
— Tu jest jedzenia za kilka tysięcy!
— Jesteście we czworo i zostajecie na osiem dni.
— Nie zjemy aż tyle.
Z samochodu dobiegł głos Kacpra:
— Mamo, kupić chipsy?
Helena bez słowa spojrzała na Lidię. Ta zacisnęła kartkę w dłoni.
— Dobrze!
* * *
Kiedy samochód zniknął za drzewami, Piotr usiadł na schodku werandy — tym samym, który sam wymieniał poprzedniego lata, bo stary się zapadł.
— Bardzo się złościsz?
— Na kogo?
— Na mnie.
— Trochę.
Helena usiadła obok niego. Deski były nagrzane od słońca.
— Naprawdę nie wiedziałeś, że zostaną na tydzień?
— Nie wiedziałem.
— A gdybyś wiedział?
Zastanowił się.
— Pewnie bym ci powiedział.
— „Pewnie”?
— Dobrze. Powinienem był ci powiedzieć.
— Piotr, nie chodzi nawet o samych gości. Ja lubię twoją siostrę.
— Wiem.
— Ale ona przyjeżdża tutaj tak, jakby to był pensjonat z pełną obsługą. W zeszłym roku została trzy dni. Przywiozła paczkę czereśni.
— Którą sama zjadła.
— Gotowałam ja. Zmywałam ja. Prałam pościel ja. Dwa razy jeździliśmy po zakupy — płaciłeś ty.
Piotr spuścił głowę.
— A kiedy powiedziałam, że już nie daję rady?
— Poprosiłem, żebyś wytrzymała. Bo to moja siostra.
— Właśnie.
Przez dłuższą chwilę milczał. Z sąsiedniego podwórka dobiegał warkot kosiarki.
— Od trzech tygodni boli mnie kręgosłup — powiedziała spokojnie Helena. — Maść pomaga, dopóki nie muszę się schylać. A tutaj przez cały dzień tylko się schylam.
— Dlaczego nic nie mówiłaś?
— Mówię teraz.
* * *
Rodzina wróciła po prawie dwóch godzinach. Bagażnik był wypchany po brzegi. Lidia weszła na podwórko z miną osoby, która właśnie przeżyła finansową katastrofę.
— Widzieliście, ile teraz wszystko kosztuje?
— Widzieliśmy — odpowiedziała Helena.
— Pięć tysięcy osiemset złotych!
— Na cztery osoby przez tydzień to nie jest aż tak dużo.
— Pięć tysięcy osiemset tylko na jedzenie!
Marek bez słowa niósł dwie torby. Chłopcy mieli po jednej.
— Teraz naprawdę przyjechaliście w gości — powiedziała Helena.
— A wcześniej kim byliśmy?
— Lokatorami. Z pełnym wyżywieniem.
Kacper parsknął śmiechem.
— Ciociu Heleno, to było dobre.
— Cieszę się, że przynajmniej ktoś zrozumiał.
* * *
Tego dnia obiad przygotowali wspólnie.
Marek z chłopcami rozpalał grilla. Lidia kroiła warzywa. Piotr obierał ziemniaki. Helena siedziała na werandzie z kawą i pierwszy raz przez wszystkie lata ich wizyt nie biegała między kuchnią a stołem.
Po pół godzinie Lidia nie wytrzymała.
— Heleno, ty nie będziesz pomagać?
— Nie.
— Dlaczego?
— Rano przygotowałam wam śniadanie. Na dziś moja część pracy jest skończona.
Lidia otworzyła usta, ale wtrącił się Bartek:
— Mamo, ja pokroję cebulę.
Szwagierka nic już nie powiedziała.
* * *
Przez pierwsze dwa dni atmosfera była napięta. Lidia demonstracyjnie sprzątała tylko po sobie i własnych dzieciach. Wkrótce jednak zauważyła, że reszty również nikt nie zamierza sprzątać.