Kazimierz wpadł we wściekłość, gdy zrozumiał, że planowane upokorzenie przyniosło skutek całkowicie przeciwny do zamierzonego. Kara, którą wymyślił dla córki, zaczynała dawać jej szczęście.
Nie potrafił tego znieść.
Rozkazał Zofii natychmiast stawić się w jednej z wysokich pałacowych wież.
Gdy weszła do komnaty, król spojrzał na nią, zaciskając szczęki.
— Czy zupełnie zapomniałaś, kim jesteś? — syknął. — Księżniczka nie grzebie się w błocie! Ten człowiek jest tylko niewolnikiem! A ty jesteś moim wstydem!
Dawniej takie słowa roztrzaskałyby duszę Zofii na kawałki.
Teraz nie miały już tej samej mocy.
Po raz pierwszy zaczynała patrzeć na siebie nie oczami ojca, lecz własnym sercem.
Kilka dni później spacerowała z Janem po ogrodzie. Zerwał się lekki wiatr, a niewielki płatek kwiatu zaczepił się o jej włosy.
Jan nieśmiało wyciągnął rękę i delikatnie go zdjął. Zaraz potem cofnął dłoń.
— Proszę mi wybaczyć… Nie powinienem był pani dotykać.
Zofia ujęła jego rękę w swoje dłonie.
— Nie przepraszaj — powiedziała cicho. — Przez całe życie nikt nie traktował mnie z taką delikatnością jak ty.
Spojrzeli sobie w oczy.
Tym razem nie było w ich spojrzeniach lęku.
Nie było poniżenia.
Nie było wstydu.
Było tylko dwoje ludzi, którzy wreszcie naprawdę się zobaczyli.
Następnego dnia Zofia przyniosła do ogrodu świeże jabłka i śliwki. Usiedli obok siebie, podzielili chleb oraz owoce. Rozmawiali, śmiali się i odkrywali, że nawet wspólne milczenie może dawać ukojenie.
Przypominali dwie zagubione dusze, które po wielu latach samotnej wędrówki odnalazły drogę do siebie.
Nie wiedzieli, że z okna na wyższym piętrze obserwuje ich młoda służąca.
To, co zobaczyła, wystarczyło, by zrozumieć prawdę.
Królewska córka zakochała się w człowieku, którego otrzymała jako karę.
Wiadomość wkrótce trafiła do Kazimierza.
Król niemal oszalał z gniewu.
— Dość! — ryknął tak głośno, że jego głos poniósł się po całym pałacu. — Natychmiast ich rozdzielić! Zamknąć ją w pokoju! Ogród ma zostać zapieczętowany! A tego niewolnika zabrać mi sprzed oczu!
Rozkaz wykonano jeszcze tego samego dnia.
Zofię uwięziono w komnacie.
Siedziała przy oknie i płakała bezgłośnie, nie chcąc pokazać nikomu łez.
Tym razem jednak obok cierpienia odczuwała również coś innego.
Po raz pierwszy miała miłość, o którą warto było walczyć.
Jana ponownie zakuto w ciężkie łańcuchy i wrzucono do ciemnego lochu, do którego prawie nie docierało światło słoneczne.
Zimne żelazo kaleczyło jego ciało.
Myśl, że może już nigdy nie zobaczyć Zofii, bolała jednak bardziej niż wszystkie rany.
Siódmego dnia księżniczka potajemnie napisała krótki list.
„Myślę o tobie przy każdym oddechu. Jeśli wciąż słyszysz mój głos w swoim sercu, pamiętaj, że moje serce nadal bije razem z twoim. Cokolwiek się wydarzy, nie trać nadziei”.
Jedna z młodych służących ulitowała się nad nią. Ukryła wiadomość w bochenku chleba niesionym do lochu.
Kiedy Jan znalazł list i przeczytał słowa Zofii, zadrżał na całym ciele.
Po jego policzkach spłynęły łzy.
Nie były jednak łzami rozpaczy.
Były znakiem odradzającej się odwagi.
Właśnie tamtej nocy, siedząc w mrocznej celi, po raz pierwszy zaczął zastanawiać się, czy ucieczka jest możliwa. Od tej chwili myślał już tylko o tym, jak ponownie odnaleźć Zofię.
W tym samym czasie król Kazimierz przygotowywał jeszcze bardziej bezwzględny plan. Chciał raz na zawsze zakończyć wszystko, co się wydarzyło.
Postanowił wydać córkę za starego, lecz niezwykle wpływowego księcia.
W jego przekonaniu małżeństwo miało odbudować reputację korony i ostatecznie zamknąć „haniebny” rozdział w życiu Zofii.
Gdy księżniczka usłyszała o decyzji ojca, nie krzyczała i nie protestowała.
Stanęła przed lustrem.
Przez dłuższą chwilę patrzyła na własne odbicie.
Potem odezwała się niemal szeptem:
— A więc nadszedł czas…
Tej nocy w wielkich pałacowych salach trwała uczta. Możnowładcy wznosili złote puchary, muzycy grali skoczne melodie, a goście śmiali się i rozmawiali, nieświadomi zbliżającej się burzy.
Zofia założyła prosty strój służącej i zakryła włosy chustą. Przemknęła kuchennymi korytarzami, a następnie zeszła do dawnych podziemnych przejść prowadzących w stronę lochów.
Jan, widząc ją przed celą, nie mógł uwierzyć własnym oczom.
— Naprawdę… przyszłaś? — wyszeptał drżącym głosem.
Zofia bez chwili namysłu objęła go.
— Chcą wydać mnie za starego człowieka — powiedziała, próbując złapać oddech. — Nie pozwolę na to.
Jan ostrożnie dotknął jej policzka.
— Nie jesteś niczyją własnością, Zofio. Należysz tylko do siebie. Jeśli musisz uciekać, pójdę z tobą. Nigdy więcej nie zostawię cię samej.
Z pomocą wiernej służącej przedostali się przez zapomniane tunele do tylnego ogrodu.
Księżyc oświetlał drogę srebrzystym blaskiem.
Po raz pierwszy szli obok siebie, nie musząc ukrywać tego, co czuli.
Wolnością nie cieszyli się jednak długo.
Zauważyli ich strażnicy.
Wkrótce w całym zamku rozległy się dzwony alarmowe.
Król zerwał się z miejsca.
— Sprowadźcie mi córkę! Niewolnika natychmiast zabić! — rozkazał.
Zofia i Jan biegli bez zatrzymywania.