„Mamo, twój zięć wnosi zakupy do mieszkania swojej matki, a przecież mówił, że nie dostaje pensji” — wtedy Marta odkryła, na co naprawdę znikały ich pieniądze

— Córeczko, twój mąż właśnie wnosi torby z zakupami do mieszkania swojej matki. A przecież mówiłaś, że nie wypłacają mu pensji?

Przedpokój był wąski i duszny, jak gardło, w którym uwięzło niewypowiedziane słowo. Marta opierała plecy o chłodną tapetę i patrzyła, jak jej mąż, Kamil, nerwowo wiąże buty. Szarpał sznurówki tak gwałtownie, jakby chciał je udusić.

— Martuś, zrozum, to tylko na krótko! — Podniósł na nią wzrok. W jego oczach mieszały się znajome błaganie i męskie rozdrażnienie na cały niesprawiedliwy świat.

— O tej „chwili” mówiłeś już w zeszły wtorek, Kamil.

— No przecież sytuacja jest wyjątkowa — odburknął, ale zaraz ściszył głos. — Sam mam już tego dosyć. Myślisz, że lubię prosić własną żonę o pieniądze na bilet? Muszę zatankować samochód, a na rozmowę kwalifikacyjną jadę przez pół miasta. Jakaś podejrzana firma, ale podobno płacą od razu i gotówką. Pożycz mi dwa tysiące. Jak tylko dostanę wypłatę, oddam wszystko, nawet z nadwyżką.

Spróbował się uśmiechnąć, lecz wyszło to żałośnie, jakby ktoś przykleił mu uśmiech do twarzy.

Marta bez słowa przeszła do kuchni. Stary linoleum pokrywały żółte plamy, których nie usuwał już żaden środek czyszczący. Otworzyła metalową puszkę po ciastkach. Trzymała w niej awaryjne oszczędności na leczenie zęba. Wyjęła dwie banknoty i wróciła do przedpokoju.

Kamil czekał przy drzwiach, sprawdzając kieszenie.

— Masz.

— Jesteś moim wybawieniem! — Pocałował ją w policzek suchymi ustami. — Dobra, lecę. Nie tęsknij. Wrócę późno, muszę jeszcze zajrzeć do mamy. Cieknie jej kran, obiecałem, że pomogę.

Drzwi zatrzasnęły się za nim. Zamek kliknął, jakby oddzielał Martę od męża, pieniędzy i choćby odrobiny spokojnego wieczoru.

Nie osunęła się po ścianie. Nie zamierzała dawać mu aż tyle satysfakcji. Wróciła do kuchni, usiadła na rozchwianym stołku i utkwiła wzrok w oknie. Za zakurzonymi szybami tętniło życie osiedla. Młode matki prowadziły wózki, kurierzy z ogromnymi plecakami przeciskali się między samochodami, a gdzieś w oddali wyła syrena.

Miała trzydzieści dwa lata. Pracowała jako administratorka w sklepie z tkaninami „Jedwab i aksamit”. Spłacała kredyt hipoteczny za dwupokojowe mieszkanie. I miała męża, który przez ostatnie pół roku stał się czarną dziurą rodzinnego budżetu.

Kamil nigdy nie był człowiekiem, który sięga po gwiazdy, ale dawniej przynajmniej można było na nim polegać. Pracował przy produkcji mebli i przynosił do domu przeciętną pensję. Trzy miesiące wcześniej wszystko zaczęło się rozpadać: skrócono zmiany, dostawy były nieregularne, a firmowe konta zamrożono. Kamil przestał przynosić pieniądze, za to regularnie je zabierał.

Marta otworzyła aplikację bankową.

Na koncie zostały cztery tysiące trzysta złotych.

Do wypłaty miała dziesięć dni.

W lodówce czekało pół kostki masła, dwa jajka i słoik kiszonych ogórków, który dała jej matka.

— Jakoś żyjemy — powiedziała na głos do pustej kuchni.

W pracy wszystko wyglądało jak zwykle: hałas, kurz i bele materiału ustawione niemal pod sam sufit. Sprzedawczyni Sylwia po raz kolejny przesadziła z odświeżaczem powietrza.

— Martuś, dzwonił dostawca dodatków. Znowu podnieśli ceny, bezczelni.

— Zajmę się tym — mruknęła Marta i weszła do małego pomieszczenia, które służyło jej za biuro.

Usiadła przed komputerem, ale cyfry w tabelach rozmazywały się jej przed oczami. Wciąż wracała myślami do Kamila.

Wczoraj nie pachniał potem po rozładunku, jak dawniej, tylko czymś drogim i intensywnym: kolendrą, smażonym mięsem, przyprawami. Tłumaczył, że koledzy poczęstowali go kebabem.

Ale kebab nie pachniał w ten sposób.

Były też telefony.

Ostatnio Kamil wychodził z telefonem do łazienki i specjalnie odkręcał wodę, żeby zagłuszyć rozmowę.

Marta nigdy nie uważała się za paranoiczkę i nie przeszukiwała cudzych kieszeni. Teraz jednak miała wrażenie, że przestrzeń wokół niej kurczy się z każdym dniem, wypychając z niej własne życie.

W porze lunchu do sklepu weszła stała klientka, pani Adelajda. Szyła sobie stroje godne wygnanej cesarzowej, choć mieszkała w zwyczajnym bloku niedaleko sklepu.

— Martusiu, kochanie, pokaż mi aksamit, tylko taki, żeby nie wyglądał tanio. Chcę sukienkę jak ta w serialu o sułtankach.

— Mamy nową dostawę szmaragdowego, ale jest dość drogi — odpowiedziała Marta z wymuszonym uśmiechem.

— Pieniądze to kurz. Najważniejsze, żeby sprawiać sobie przyjemności. Mój zięć pasożyt też ciągle powtarzał: „Nie mam pieniędzy, teściowo”. A potem kupił kochance futro. Skąd się dowiedziałam? Znalazłam paragon w schowku samochodu. Taki był głupi, że nawet go nie wyrzucił.

Marta znieruchomiała.

Paragon.

Tego samego wieczoru, kiedy Kamil poszedł pod prysznic, po raz pierwszy od siedmiu lat złamała własną zasadę.

Jego dżinsy leżały na krześle.

W tylnej kieszeni nie znalazła niczego.

W jednej z przednich były zapalniczka i drobne.

Dopiero w drugiej kieszeni wyczuła palcami zmiętą kartkę.

Był to paragon z marketu budowlanego.

Data: wczoraj.

Godzina: czternasta trzydzieści.

Dokładnie wtedy, gdy Kamil — jak twierdził — siedział na rozmowie kwalifikacyjnej.