„Mamo, twój zięć wnosi zakupy do mieszkania swojej matki, a przecież mówił, że nie dostaje pensji” — wtedy Marta odkryła, na co naprawdę znikały ich pieniądze

Sześć rolek winylowej tapety „Palazzo” — osiemnaście tysięcy rubli.

Trzy opakowania kleju.

Piętnaście metrów listwy sufitowej.

Razem: dwadzieścia cztery tysiące pięćset rubli.

Zapłata kartą.

Ostatnie cyfry nie pasowały ani do jej karty, ani do karty Kamila, którą znała.

Woda w łazience przestała płynąć.

Marta szybko wsunęła paragon na miejsce. Ręce drżały jej coraz mocniej.

Skąd wzięły się pieniądze na tapetę, skoro od pięciu lat nie robili w mieszkaniu żadnego remontu?

Kamil wyszedł z łazienki rozczochrany, z ręcznikiem owiniętym wokół bioder.

— Ale ulga. Martuś, jest coś do jedzenia? Cały dzień jestem na nogach, nic nie miałem w ustach.

Przyjrzała mu się uważnie.

Nie wyglądał na wygłodniałego ani wychudzonego. Przeciwnie, na bokach pojawiła się nawet niewielka warstwa tłuszczu.

— Makaron — odparła. — I została jedna parówka. Ja nie jestem głodna.

Kamil skrzywił się, lecz nic nie powiedział.

— Dobra, może być. Słuchaj, dzwoniła mama. Znowu skacze jej ciśnienie i potrzebuje jakichś zagranicznych leków. Obiecałem, że pomogę, ale przecież wiesz, jak teraz stoję. Przelejesz jej ze dwa tysiące? Przysięgam, oddam. W przyszłym tygodniu na pewno dostanę zaliczkę.

W Marcie coś ostatecznie zamarło.

Jakby cienka warstwa lodu przykryła resztki jej cierpliwości.

— Kamil, mam cztery tysiące do wypłaty. Sami nie będziemy mieli za co żyć.

— Ale to moja matka! — Rozłożył teatralnie ręce. — Starsza kobieta, źle się czuje. Chcesz, żeby dostała udaru?

To było jego ulubione zdanie.

Teresa, matka Kamila, była silną kobietą, odporną niemal jak czołg. Jednak gdy tylko coś zagrażało jej wygodzie, natychmiast zmieniała się w umierającego łabędzia.

— Dobrze — powiedziała cicho Marta. — Przeleję.

Wykonała przelew.

Zostały jej dwa tysiące.

Tej nocy prawie nie spała.

Leżała i słuchała, jak obok beztrosko pochrapuje mąż, niczym niemowlę nakarmione i ułożone w ciepłym łóżku.

Wciąż wracała do paragonu.

Winylowa tapeta „Palazzo”.

Kto robił remont?

Teresa mieszkała w innej dzielnicy, w porządnym przedwojennym budynku, który odziedziczyła po mężu, profesorze. Marta rzadko ją odwiedzała. Teściowa nigdy szczególnie jej nie lubiła, uważała ją za zbyt prostą i pozbawioną ambicji.

Rano Marta zadzwoniła do ojca.

Jan, były dzielnicowy, należał do ludzi starej daty. Obecnie pracował jako ochroniarz na parkingu, pełniąc dwudziestoczterogodzinne dyżury co kilka dni. Wolny czas poświęcał na pisanie skarg do administracji na każdą przepaloną żarówkę na klatce schodowej.

— Cześć, tato. Jak się czujesz?

— Córeczko, moje szczęście, wszystko dobrze. Borys skaleczył łapę, leczymy go. A ty czemu dzwonisz tak wcześnie? Coś się stało? Masz głos jak przesłuchiwana pokrzywdzona.

— Tato, potrzebuję pomocy.

— Jakiej?

— Dość szczególnej.

— Mów. Kogo mam postraszyć? A może zakopać? — zażartował, ale w jego głosie od razu zabrzmiała metaliczna nuta.

— Musisz kogoś obserwować.

— Oho. Kogo?

— Kamila. I jego matkę.

Jan mruknął pod nosem.

Nigdy specjalnie nie przepadał za zięciem. Za jego plecami nazywał go „amebą w spodniach”.

— Rozumiem. Adres Teresy znam. Czego mam szukać?

— Dostaw, remontu, większych zakupów. I sprawdź, jak często Kamil tam przyjeżdża.

— Przyjąłem zlecenie. Dzisiaj nie mam dyżuru. Od rana zajmę pozycję. Wezmę Borysa jako przykrywkę, będę udawał, że z nim spaceruję. Obejrzymy każdy krzak.

Minęły dwa dni.

Kamil nadal odgrywał rolę umęczonego bezrobotnego.

Rano wychodził rzekomo szukać pracy.

Wieczorem wracał, narzekał na bezlitosny kapitalizm i zjadał kolację przygotowaną przez Martę.

Ona zaś powoli zamieniała się w kamień.

W pracy uśmiechała się do klientów, rozwiązywała problemy i uzupełniała dokumenty.

Po powrocie do domu wchodziła na scenę rodzinnego teatru kłamstw.

W środę miała wolne.

Siedziała w mieszkaniu i przeliczała drobne wyjęte ze skarbonki.

Na chleb wystarczało.

Na bilety również.

Około pierwszej po południu zadzwonił ojciec.

— Córeczko, słuchaj uważnie. Raport według procedury. Obiekt „Synek” dotarł pod adres obiektu „Mamusia” dokładnie o dziesiątej. O jedenastej trzydzieści przyjechała dostawa ze sklepu z elektroniką. Wnieśli ogromne pudło, sądząc po rozmiarach — telewizor co najmniej pięćdziesięciocalowy. Twój Kamil sam odebrał przesyłkę. Dał kurierom napiwek. Widziałem przez lornetkę, stówę.

— Telewizor… — wyszeptała Marta.

— To jeszcze nie wszystko. W południe przyjechała druga dostawa. Z restauracji „Złote Runo”. Torby z logo.

Marta poczuła, jak oblewa ją fala gorąca.

„Złote Runo” należało do najdroższych restauracji w okolicy.

Kamil zabrał ją tam tylko raz.

Siedem lat wcześniej, kiedy poprosił ją o rękę.

— Tato, jesteś tam?

— Jestem, córeczko. Siedzę w skwerze naprzeciwko i czytam gazetę. Borys śpi.

Przez niemal minutę Marta milczała.

W głowie układał się obraz obrzydliwy i lepki jak rozlany syrop.

Podczas gdy ona oszczędzała na najzwyklejszych rzeczach i chodziła do pracy pieszo, żeby nie wydawać na transport, jej mąż nie tylko pozostawał bez pracy.

On prowadził zupełnie inne życie.

I wyglądało na to, że część tego życia finansował jej pieniędzmi.