Irena miała prosty plan. Chciała po prostu spędzić z mężem kilka spokojnych dni nad morzem. Piotr obiecywał jej, że tym razem na pewno wyjadą. Bilety były kupione, hotel zarezerwowany, a walizki prawie spakowane.
— Irenko, przepraszam — powiedział Piotr, nawet nie odrywając wzroku od telefonu. — W pracy jest kompletny chaos. Musimy odwołać wyjazd.
Coś nieprzyjemnie ścisnęło ją w piersi. Nie dlatego, że była zaskoczona. Bardziej dlatego, że doskonale znała to uczucie. Przez lata małżeństwa przywykła, że plany Piotra niemal zawsze są ważniejsze od jej własnych.
— Nic się nie stało — odpowiedziała, tłumiąc rozczarowanie. — W takim razie odpocznę w domu. Poczytam książki, posiedzę na balkonie.
Po raz pierwszy od bardzo dawna mogła mieć mieszkanie tylko dla siebie. Bez pośpiechu pić kawę, zanurzyć się w ulubionych kryminałach i wieczorami patrzeć na zachód słońca. Przez chwilę wydawało jej się nawet, że los postanowił wynagrodzić jej wszystkie wcześniejsze rozczarowania.
Los miał jednak dość osobliwe poczucie humoru.
— Dzwoniła mama — oznajmił Piotr z miną człowieka, który właśnie przyniósł wspaniałą wiadomość. — Zrezygnowała z wyjazdu do sanatorium. Powiedziała, że skoro i tak jesteś w domu i masz wolne, to po co ma wydawać pieniądze? Przyjedzie do nas. Spędzi też trochę czasu ze mną.
Halina.
Kobieta o twardym charakterze i niezachwianym przekonaniu, że wszyscy wokół powinni dostosowywać się właśnie do niej.
— Na jak długo? — zapytała Irena, choć już przeczuwała najgorsze.
— Oczywiście na miesiąc! Świetnie, prawda? — Piotr uśmiechnął się szeroko, jakby właśnie wygrał nagrodę.
Irena natychmiast zobaczyła przed sobą swój rzekomy urlop: niekończące się godziny przy kuchence, ciągłe „podaj”, „przynieś”, rozkazy wydawane przez teściową i całkowity brak swobody we własnym mieszkaniu.
— Oczywiście. Wspaniale — powiedziała spokojnie.
Trzy dni później Halina stanęła w progu z miną osoby, która nie przyjechała w odwiedziny, lecz właśnie obejmuje dowództwo nad zdobytym terytorium.
— Ireno, dlaczego cukier trzymacie w tym słoiku? — zapytała zaraz po przywitaniu.
— Mamo, wejdź, usiądź — Piotr krzątał się wokół niej, pomagając zdjąć płaszcz.
W tym momencie Irena zrozumiała już bez najmniejszych wątpliwości, że jej urlop zamienił się w miesięczną służbę kelnerki, kucharki i pokojówki.
— Zrobisz dziś barszcz? — Halina rozsiadła się w fotelu niczym na własnym tronie. — Tylko nie za kwaśny. I mięso gotuj dłużej, bo ostatnio było twarde.
Irena nie odpowiedziała. Bez słowa poszła do kuchni.
Nowy porządek
Halina zadomowiła się w mieszkaniu z szybkością doświadczonego dowódcy. Już pod koniec pierwszego dnia stało się jasne, że urlop Ireny skończył się, zanim na dobre się rozpoczął.
— Irenko, gdzie wy trzymacie porządne garnki? — teściowa przeglądała szafki. — Te są jakieś maleńkie. I czemu przyprawy nie stoją w kolejności alfabetycznej?
Irena w milczeniu przestawiała słoiczki.
Nagle we własnej kuchni poczuła się jak ktoś, komu tymczasowo pozwolono tu przebywać.
— Mamo, tylko się nie przemęczaj — rzucił Piotr, nadal przeglądając wiadomości w telefonie. — Irena wszystkim się zajmie.
Oczywiście.
Irena wszystkim się zajmie.
Jak zawsze.
Pod koniec pierwszego tygodnia każdy jej dzień wyglądał niemal identycznie: pobudka o siódmej, specjalne śniadanie dla teściowej — lekkie, niesłone i koniecznie bez ostrych przypraw — potem sprzątanie, gotowanie obiadu, podwieczorek, kolacja i zmywanie naczyń.
I tak bez przerwy.
— Ostatnio jakaś taka zmęczona jesteś — zauważył pewnego dnia Piotr. — Może powinnaś brać witaminy?
Witaminy?
Irenę mogła uratować tylko jedna konkretna witamina — własne życie.
Balkon jako ostatnia przystań
Jedynym miejscem, w którym nadal czuła choć odrobinę wolności, był balkon.
Tam mogła spokojnie oddychać.
Patrzeć w niebo.
Myśleć.
— Irena! — głos Haliny przeciął ciszę. — Gdzie jesteś? Zrób mi herbatę!
— Już idę! — odruchowo odpowiedziała Irena.
Nie ruszyła się jednak z miejsca.
Nagle przemknęła jej przez głowę dziwna myśl:
„A co się stanie, jeśli po prostu nie pójdę?”
Wydała jej się tak śmiała i nieznajoma, że aż zabrakło jej tchu.
— Ireno! Słyszysz mnie w ogóle?
— Słyszę — powiedziała cicho, patrząc na pusty balkon. — Aż za dobrze.
Po chwili jednak wstała i poszła zaparzyć herbatę.
Kropla, która przelała czarę
— Ireno — Halina siedziała w salonie z miną przewodniczącej rodzinnego sądu. — Ostatnio zrobiłaś się jakaś nieobecna. Ciągle uciekasz na ten balkon. Nie potrafisz normalnie spędzać czasu z rodziną.
Z rodziną?
Irena niemal zakrztusiła się powietrzem.
— Przyjechałam tutaj odpocząć — ciągnęła teściowa. — A wychodzi na to, że znowu jestem w kuchni. Gotowanie, sprzątanie, usługiwanie…
Irena znieruchomiała ze ścierką w dłoni.
Przez sekundę miała wrażenie, że świat stanął na głowie.
Halina w kuchni?
Halina gotująca?
Halina sprzątająca?
Czym więc sama Irena zajmowała się od dwóch tygodni?
— Przepraszam — odezwała się niespodziewanie spokojnie. — Ale to ja tutaj codziennie gotuję i sprzątam. Od dwóch tygodni.