— Nie pomagałam mu, Pawle. Zrobiłam sama absolutnie wszystko, od pierwszej obranej cebuli po ostatni listek zieleniny.
— Mów ciszej, już się na nas patrzą. Po prostu usiądź.
Tyle że znalezienie miejsca okazało się trudniejsze, niż można było przypuszczać.
Goście zaczęli zajmować krzesła. Stół rozłożono do pełnej długości, a mimo to w salonie wciąż brakowało przestrzeni. Jerzy wybrał najlepsze miejsce przy oknie. Jego żona ostrożnie usiadła obok i oparła laskę o parapet. Tomasz zajął krzesło naprzeciwko. Henryk zasiadł u szczytu stołu, tyłem do starego kredensu pełnego kryształowych kieliszków.
Wolne pozostawały dwa miejsca przy stole, ale tylko jedno krzesło. Stało obok Pawła. W drugim końcu, niedaleko drzwi, była ciasna wnęka, w której siedzącego nieustannie potrącałby każdy idący do kuchni albo wracający z niej z półmiskiem.
Paweł bez chwili namysłu usiadł przy ojcu.
Marta podeszła bliżej. Nie miała na czym usiąść. Przy stole dałoby się jeszcze wygospodarować odrobinę miejsca, lecz w salonie znajdowało się tylko pięć krzeseł.
— Co za pech — przeciągnął Henryk, rozglądając się po zebranych. — Wygląda na to, że brakuje nam jednego krzesła. Pawełku, przynieś taboret z kuchni.
Paweł już się podnosił, kiedy ojciec zatrzymał go dłonią na ramieniu.
— Chociaż nie, zaczekaj… Gdzie my go wciśniemy? Tomaszowi i tak będzie ciasno, to postawny mężczyzna. Jerzy również potrzebuje trochę przestrzeni.
Zapadła niezręczna cisza. Wszyscy patrzyli na Martę, która nadal stała z butelką wody mineralnej w rękach.
— Co pan w takim razie proponuje? — zapytała.
Teść uśmiechnął się z udawanym współczuciem, jak lekarz szykujący się do przekazania pacjentowi niepomyślnej wiadomości.
— Martusiu, jesteś przecież gospodynią, młodą i sprawną. Nam, starszym ludziom, trudno będzie siedzieć tak blisko siebie. Poza tym ktoś musi doglądać gości: przynieść kolejne danie, zabrać talerze, podać ciepłe potrawy.
— I co dalej? — zapytała Marta, ściskając butelkę tak mocno, że cienki plastik głośno zatrzeszczał.
— Może na razie usiądziesz w kuchni? Jest tam mały stolik, całkiem przytulny. Zjesz spokojnie, podczas gdy my wzniesiemy pierwsze toasty. Potem przyniesiesz herbatę, a przy deserze na pewno cię zawołamy. Przy okazji przypilnujesz, żeby gorące dania nie wystygły.
W salonie zrobiło się tak cicho, że można było niemal usłyszeć mechanizm zegara. Jerzy nagle z wielkim zainteresowaniem zaczął oglądać własne paznokcie. Jego żona opuściła wzrok na talerz. Tomasz pochylił się nad butelką wina, jakby etykieta właśnie stała się najciekawszym przedmiotem na świecie.
Marta spojrzała na męża. Paweł wpatrywał się w pusty talerz i z niezwykłą dokładnością rozkruszał palcami kawałek chleba.
— Pawle? — odezwała się.
Nie poruszył się.
— Twój ojciec proponuje, żebym spędziła sylwestra w kuchni jak wynajęta pomoc. Naprawdę nie zamierzasz nic powiedzieć?
Twarz Pawła poczerwieniała, a na szyi wystąpiły mu ciemne plamy. Najpierw zerknął z lękiem na ojca, potem na żonę.
— Tato, może jednak trochę się przesuniemy? — wymamrotał niepewnie. — Chyba da się zrobić miejsce…
— Dokąd mamy się przesunąć, synu? — przerwał mu ostro Henryk. — Żona Jerzego już teraz nie ma gdzie wyprostować nóg, a przecież bolą ją kolana. Nie zachowuj się samolubnie. Marta wszystko rozumie. To rozsądna dziewczyna, bez zbędnych pretensji. Prawda, Marto? Nie odbierzesz przecież wszystkim święta tylko dlatego, że brakuje jednego krzesła.
Marta milczała i patrzyła na męża. Czekała, aż wstanie, uderzy dłonią w stół i powie: „Tato, słyszysz sam siebie? To moja żona!”. Albo przynajmniej bez słowa odda jej własne miejsce.
Paweł jednak siedział. Wziął widelec i sięgnął w stronę sałatki.
— Marta, naprawdę jest tu ciasno — powiedział prawie szeptem. — Zjedz najpierw w kuchni, a potem coś wymyślimy. Tylko nie rób sceny, proszę.
W tej właśnie chwili coś w Marcie pękło ostatecznie. Jakby przepalił się ostatni bezpiecznik, który przez lata trzymał jej gniew na uwięzi i zmuszał ją do zachowywania pozorów.
— Sceny? — powtórzyła z zadziwiającym spokojem. — Nie martw się, kochanie. Nie zamierzam robić żadnej sceny.
Postawiła wodę na brzegu stołu.
Wzięła głęboki oddech. Nagle całe zmęczenie zniknęło z jej ciała.
Podeszła do Tomasza i podniosła duży owalny półmisek z galaretą, który sama ustawiła przed nim zaledwie kilka minut wcześniej.
— Proszę wybaczyć — powiedziała uprzejmie.
— A to co ma znaczyć? — zdziwił się Tomasz, unosząc brwi.
Nie odpowiedziała. Odwróciła się i zaniosła półmisek do kuchni. Po chwili wróciła po salaterkę z przepiórczymi jajkami.
— Marta! — głos Henryka wskoczył o ton wyżej. — Co ty wyprawiasz? Natychmiast odstaw to danie!
Marta nawet na niego nie spojrzała. Poruszała się spokojnie i metodycznie, jak precyzyjnie zaprogramowana maszyna. Po sałatce zniknął półmisek drogich serów i domowej pieczeni. Wszystkie składniki kupiła z własnej premii kwartalnej.
— Paweł, zatrzymaj ją! Ona kompletnie oszalała! — niemal zapiszczał teść.
Mąż zerwał się z miejsca tak gwałtownie, że widelec upadł na podłogę.