Jednak w jego oczach znajdowało się coś, co nie pasowało do siedemnastoletniego chłopaka. Spokój. Pewność. Siła, której sama nie czułam od dnia śmierci Marcina.
— Dobrze — szepnęłam. — Zgadzam się.
Tej nocy znów stałam przy kuchennym oknie i patrzyłam na jasny prostokąt pokoju Kacpra. Światło wciąż paliło się po trzeciej.
A ja zastanawiałam się, na co właściwie wyraziłam zgodę.
Trzeciego dnia zadzwoniła jego matka.
Światło w oknie Kacpra stało się moim nowym zegarem.
Północ.
Druga.
Trzecia nad ranem.
Często stałam przy zlewie i patrzyłam na jedyny oświetlony pokój przy całej ulicy, podczas gdy pozostali sąsiedzi już dawno spali.
Trzeciego dnia odezwał się telefon.
— Magda — powiedziała zmęczonym głosem matka Kacpra. — On ma całe palce poranione. Zrobiłam mu zimne okłady i założyłam bandaże, ale wszystko zdjął. Nie poszedł nawet na sprawdzian z chemii.
Zamknęłam oczy.
— Powinnam go powstrzymać?
Po drugiej stronie przez chwilę panowała cisza.
— Nie sądzę, żeby ktokolwiek był teraz w stanie go zatrzymać — odpowiedziała w końcu. — Siedzi przy maszynie do szycia, odkąd był na tyle duży, by dosięgnąć stopą pedału. Przecież o tym wiesz.
Wiedziałam.
Pamiętałam dzień, gdy jego mama skracała mi zasłony, a sześcioletni Kacper podawał jej szpilki z magnetycznej miseczki. Bez końca pytał, dlaczego nici mają różne oznaczenia i czemu jedne tkaniny układają się miękko, a inne są sztywne.
W wieku dziesięciu lat rysował suknie na marginesach szkolnych zeszytów.
Mając trzynaście, przerabiał kurtki na starym Łuczniku należącym do babci.
Odłożyłam telefon i oparłam czoło o chłodną szybę.
Dwa tygodnie.
Brzmiało to niedorzecznie.
Jednocześnie czułam, że zaczęło się odliczanie do chwili, w której być może będę musiała ponownie zbierać córkę z ruin kolejnego rozczarowania.
Tymczasem Zofia zapadała się coraz głębiej.
Przestała schodzić na śniadania.
Przez trzy dni nosiła tę samą szarą bluzę.
Na moje pytania odpowiadała jednym słowem.
Czwartego dnia weszłam do jej pokoju, żeby zabrać rzeczy do prania.
Pod łóżkiem dostrzegłam zeszyt.
Przez cały ten czas podtrzymywałam ją drobnymi, litościwymi kłamstwami.
— Muszę tylko załatwić kilka spraw — mówiłam przed wyjściem.
W rzeczywistości biegałam po pasmanteriach, szukając kremowych jedwabnych nici, których dokładną nazwę i numer Kacper przesłał mi w wiadomości.
Podczas sprzątania wyciągnęłam zeszyt spod łóżka.
Nie był to pamiętnik z pierwszej klasy, który kiedyś znalazłam za książkami.
Ten powstał później.
Zofia prowadziła go w drugiej klasie liceum.
Jej pismo stało się ostrzejsze. Twardsze. Przepełnione gniewem.
Imię za imieniem.
Strona po stronie.
Dziewczyny, które szeptały za każdym razem, gdy przechodziła szkolnym korytarzem.
Chłopcy, którzy kilka dni po pogrzebie Marcina zaczęli publikować w internecie obrzydliwe komentarze.
Wydrukowane wpisy.
Zrzuty ekranu.
Każdy z nich starannie włożony pomiędzy kartki niczym zasuszony kwiat, który z czasem przemienił się w czarny popiół.
Wyjęłam telefon.
Fotografowałam stronę po stronie.
Potem usiadłam na środku pokoju córki i przeczytałam cały pamiętnik, od pierwszego zdania do ostatniego.
Dopiero wtedy zrozumiałam.
Prawdziwym wrogiem nie była kobieta z butiku.
Nie była nim również kremowa suknia z witryny.
Wrogiem był chór okrutnych głosów, które Zofia nosiła w sobie od dwóch lat.
Głosów wbitych tak głęboko, jakby zamieszkały pomiędzy jej żebrami.
Ponownie sięgnęłam po telefon.
Wysłałam Kacprowi wszystkie zdjęcia.
Dodałam tylko krótką wiadomość.
Nie wiem, czy ci się to do czegoś przyda. Myślę jednak, że powinieneś wiedzieć, co nosi w sobie przez cały ten czas.
Na ekranie pojawiły się trzy kropki.
Zniknęły.
Pojawiły się ponownie.
I znów zniknęły.
Siedziałam na dywanie i wpatrywałam się w nie przez kilka minut.
Zastanawiałam się, co siedemnastoletni chłopak może zrobić z listą cudzej podłości na niespełna dwa tygodnie przed balem.
Może ją spali.
Może przeczyta wszystko i będzie rozpaczał razem ze mną.
Nie wysłałam mu tych stron dlatego, że miałam jakiś plan.
Zrobiłam to, ponieważ nie potrafiłam już sama dźwigać ich ciężaru.
Gdy wreszcie przyszła odpowiedź, zawierała tylko jedno zdanie.
O części z nich już wiedziałem. Dziękuję za resztę.
Minutę później telefon zawibrował ponownie.
Już wiem, co z tym zrobię.
Patrzyłam na te słowa tak długo, aż ekran zgasł.
Oczywiście, że wiedział.
Przez cały czas był obok Zofii.
Na własne oczy widział szkolne korytarze.
Słyszał śmiechy i komentarze, o których ja dowiadywałam się jedynie z urwanych relacji.
Konstrukcję sukni miał już przygotowaną.
Teraz znalazł także jej serce.
Szóstego dnia rano popełniłam błąd.
Zadzwoniłam z kuchni do sklepu obuwniczego.
— Potrzebuję czółenek w rozmiarze trzydzieści dziewięć. Kremowych. Z niskim obcasem. Tak, na bal maturalny.
Gdy zakończyłam rozmowę i odwróciłam się, Zofia stała w drzwiach.
Przez dłuższą chwilę patrzyła na mnie bez słowa.
— Co ty robisz?
— Zosiu…
— Nadal próbujesz zmusić mnie, żebym znów była taka jak dawniej.
Jej głos nagle się załamał.