Spojrzał na mnie tak, jakby nie wiedział, czy powinien się zawstydzić, czy słuchać dalej. W jego twarzy mieszało się zakłopotanie z autentyczną ciekawością.
— Pani mówi serio? — wydusił w końcu, ocierając usta rękawem. — Przecież rozmawiamy o pani córce.
— Oczywiście, że o niej — roześmiałam się. — To, że jest moją córką, nie znaczy, że nie wiem, czego jej brakuje. Mam pięćdziesiąt sześć lat, Marek. Przez tyle czasu zdążyłam nauczyć się o mężczyznach więcej, niż niektórzy z nich wiedzą o samych sobie. Myślisz, że Agnieszce potrzebne są tylko kwiaty i kolacje przy świecach? Jej brakuje prawdziwego ognia.
Przyglądał mi się uważnie, lekko mrużąc oczy.
Coś w nich błysnęło. Może to była wódka. A może moje słowa.
— Czyli pani jest specjalistką od rozpalania? — zapytał. — To może zdradzi pani metodę? Co zrobić, żeby były iskry, ale żeby cały dom nie poszedł z dymem?
Roześmiałam się tak głośno, że łóżko zatrzęsło się pode mną.
Ten długonogi chłopak podjął moją grę, a mnie, ku własnemu zaskoczeniu, zaczęło to bawić bardziej, niż powinno.
Alkohol robił swoje. Każde kolejne zdanie brzmiało odważniej, a duszne powietrze w pokoju stawało się jakby cieplejsze.
Napełniłam kubeczki jeszcze raz i poczułam, że gdzieś we mnie budzi się dawna Teresa — ta, która kiedyś potrafiła jednym spojrzeniem sprawić, że chłopcy na zabawie zapominali, po co właściwie przyszli.
— Sekret jest prosty, Marek — zaczęłam ciszej, jakbym miała zdradzić wojskową tajemnicę. — Trzeba wiedzieć, gdzie dmuchnąć, żeby poszły iskry. I nie bać się, że samemu można się trochę sparzyć. Jesteś młody, gorąca krew, a siedzisz tutaj obok takiej starej kobyły jak ja i narzekasz na życie. A przecież mógłbyś…
Urwałam celowo.
Niedokończone zdanie zawisło między nami jak dym nad ogniskiem.
Marek pochylił się trochę bliżej.
Poczułam zapach jego wody kolońskiej — niedrogiej, ale ciepłej i zaskakująco przyjemnej.
— Mógłbym co? — zapytał.
Głos miał lekko zachrypnięty i chyba sam był zaskoczony, że to pytanie padło.
— Mógłbyś przewrócić cały swój świat do góry nogami — odpowiedziałam z uśmiechem i oparłam się o poduszkę. — Ale najpierw nalejmy jeszcze po jednym. Noc jest długa, a kierowca lawety najwyraźniej uznał, że nie mamy dokąd uciec.
Znów stuknęliśmy kubeczkami.
Między nami pojawiło się dziwne napięcie: trochę oczekiwania, trochę ciekawości i odrobina czegoś niebezpiecznego, czego oboje woleliśmy jeszcze nie nazywać.
Wódka znikała z butelki, rozmowa robiła się coraz bardziej szczera, a nawet motel z przygaszoną żarówką, obdrapanymi ścianami i skrzypiącymi pryczami przestał wydawać mi się aż tak odpychający.
Doskonale wiedziałam, że gdyby Agnieszka usłyszała choć połowę naszej rozmowy, najpierw udusiłaby mnie, a potem własnego męża.
Ale do diabła — miałam pięćdziesiąt sześć lat i nadal potrafiłam sprawić, że mężczyzna patrzył na mnie inaczej niż na starszą krewną.
— Niech pani powie szczerze — odezwał się Marek, kiedy butelka była mniej więcej w połowie pusta. — Jak pani była młoda, to chyba pół okolicy za panią szalało?
Uśmiechnęłam się, nie spuszczając z niego wzroku.
— A jak ci się wydaje? I uprzedzam, że nawet teraz jeszcze nie nadaję się na przecenę.
Zaśmiał się, ale w tym śmiechu było coś nerwowego.
Właśnie wtedy zrozumiałam, że ta noc okaże się znacznie ciekawsza, niż przypuszczaliśmy, kiedy braliśmy klucz do pokoju.
Deszcz bębnił o szybę, łóżko skrzypiało przy każdym ruchu, a my rozmawialiśmy jak dwoje konspiratorów, którzy na kilka godzin zapomnieli, jakie naprawdę łączą ich role.
Noc nabierała rozpędu jak stary ciężarowy Star zjeżdżający z pochyłej drogi.
Krople waliły w blaszany parapet tak mocno, jakby za oknem pijany akordeonista grał na weselu w remizie.
Siedziałam na swoim łóżku i coraz mniej czułam się teściową. W wyobraźni byłam bohaterką starego filmu — kobietą z mocną szminką, papierosem w smukłych palcach i spojrzeniem, które potrafi złamać czyjąś pewność siebie.
Marek, rozgrzany alkoholem, leżał na swoim łóżku i obserwował mnie z nowym, podejrzanie żywym zainteresowaniem.
— Ech, Marek — powiedziałam, obracając pusty kubeczek w dłoni. — Bywały czasy, kiedy takie noce spędzałam nie w obskurnych motelach, tylko w znacznie weselszych miejscach. Młodość to gorący okres. Chłopcy kręcili się wokół mnie jak komary nad stawem w lipcu. Jeden wielbiciel jeździł nawet pod moimi oknami motocyklem i krzyczał: „Teresa, chodź na dół!”. Chyba naprawdę wierzył, że hałas silnika wystarczy, żeby zdobyć moje serce.
Marek uniósł się na łokciu i uśmiechnął.
W słabym świetle jego zarost dodawał mu łobuzerskiego wyglądu, a oczy błyszczały od alkoholu i zainteresowania.
— Naprawdę była pani taką kobietą, która łamała męskie serca? — zapytał. — A ja całe życie myślałem, że pani tylko gotuje rosół, lepi pierogi i pilnuje grządek.
— Rosół jest dla duszy, Marek — odpowiedziałam i mrugnęłam do niego tak, że omal nie wypuścił kubeczka z ręki. — A dla ciała zawsze znałam inne sposoby. Czasem wieczorem wymykałam się na zabawę do remizy, a przed wejściem już czekało kilku kawalerów. Jeden z polnymi kwiatami, drugi z butelką taniego wina. Raz nawet tańczyłam z kierownikiem miejscowego PGR-u. Żonaty, poważny, z takimi sumiastymi wąsami, że było je widać chyba z drugiego końca sali.