To nie Marta go zdemaskowała. Sam stworzył dwie wersje własnego życia. Jedną dla żony, drugą dla kochanki. Teraz obie spotkały się w tym samym przedpokoju.
Karolina powoli się od niego odsunęła.
— Poczekam w samochodzie.
— Karolino…
— Nie.
Wyszła.
Marta spojrzała na męża.
— To nawet zabawne.
— Co?
— Odchodzisz do kobiety, którą okłamujesz dokładnie tak samo, jak okłamywałeś mnie.
Chciał coś odpowiedzieć, ale nie znalazł słów.
— Spakuj swoje rzeczy osobiste — powiedziała Marta.
Czterdzieści minut później Paweł odjechał.
Z dwoma walizkami.
Bez telewizora, ekspresu i samochodu.
Najciekawsze wydarzyło się jednak dopiero tydzień później.
Zadzwoniła teściowa.
— Marto?
— Tak, pani Tereso.
— Mogę przyjechać?
Marta była zaskoczona i nie zdążyła odmówić. Godzinę później teściowa siedziała w kuchni, a przed nią stygła herbata.
— Wiem, co sobie myślisz — powiedziała Teresa.
— Nie jestem pewna.
— Że przyszłam bronić syna.
— A nie po to pani przyszła?
Kobieta westchnęła.
— Początkowo taki miałam zamiar.
Marta milczała.
— Paweł powiedział mi, że chcesz zostawić go bez niczego. Że mieszkanie jest jego, samochód też, a ty postanowiłaś się zemścić.
— Rozumiem.
— Później zadzwoniła do mnie Karolina.
Marta podniosła wzrok.
— Do pani?
— Pokłóciły się.
Teresa uśmiechnęła się gorzko.
— Uznała, że ja także brałam udział w jego opowieściach o majątku.
— Ciekawe.
— A potem poprosił mnie o pożyczkę.
Marta znieruchomiała.
— Po co?
— Żeby dać mu pieniądze na wynajęcie mieszkania i kupno nowego samochodu. Stary już wcześniej obiecał Karolinie.
Marta zamknęła oczy.
— Boże.
Teściowa spojrzała na nią.
— Źle go wychowałam.
— Nie trzeba tak mówić.
— Trzeba.
Nagle wyprostowała plecy.
— Zawsze powtarzałam mu: „Pawle, najważniejsze, żebyś dobrze się urządził”. Chyba potraktował to zbyt dosłownie.
Marta pierwszy raz od tygodnia się roześmiała. Teresa również uśmiechnęła się lekko.
— Nie zamierzam wtrącać się w wasz rozwód — powiedziała. — Chciałam tylko powiedzieć, żebyś nie ustępowała mu z litości.
Marta spojrzała na nią z niedowierzaniem.
— Mówi pani poważnie?
— Całkowicie.
Dopiła herbatę, a przy drzwiach zatrzymała się jeszcze na chwilę.
— I jeszcze jedno.
— Tak?
— Nie oddawaj mu ekspresu.
Marta wybuchnęła śmiechem.
— Dlaczego akurat ekspresu?
— Sama chciałam mu taki kupić na święta. Zobaczyłam cenę i zrezygnowałam.
Rozwód trwał prawie siedem miesięcy.
Nie było filmowego zwycięstwa ani sceny, w której Paweł wychodził z sądu w samych skarpetkach.
W pewnych sprawach Marta musiała ustąpić. W innych ustępował Paweł.
Samochód ostatecznie sprzedano, a pieniądze podzielono. W sprawie mieszkania zawarto porozumienie, uwzględniając pochodzenie części środków. Niektóre sprzęty przypadły Pawłowi, większość mebli została u Marty.
Karolina zniknęła z jego życia jeszcze przed zakończeniem rozwodu.
Pewnego dnia Zuzanna zapytała:
— Żal ci go?
— Kogo?
— Pawła.
Marta zastanowiła się.
— Trochę.
— Po tym wszystkim?
— Można nie chcieć odzyskać człowieka i jednocześnie mu współczuć. Przez tyle lat budował obraz odnoszącego sukcesy mężczyzny, że sam w niego uwierzył.
Wiosną rozwód wreszcie się zakończył.
Marta wróciła do domu i otworzyła drzwi.
W środku panowała cisza.
Zuzanna zdążyła już zamieszkać w akademiku, ale często przyjeżdżała na weekendy.
Na kuchennym blacie stał ten sam ekspres do kawy. Marta nacisnęła przycisk. Urządzenie zabrzęczało, a ona przypomniała sobie noc, kiedy Paweł próbował wynieść je do samochodu.
Roześmiała się.
Kilka dni później postanowiła zrobić coś, co odkładała niemal dziesięć lat.
Przemalować sypialnię.
Paweł zawsze powtarzał:
— Szarobeżowy wygląda elegancko.
Marta szarobeżowego nie znosiła.
Wybrała głęboki, zielony kolor.
Malarz zapytał:
— Nie będzie zbyt ciemno?
— Niech będzie.
Kiedy remont dobiegł końca, Marta weszła do pokoju i zrozumiała, że po raz pierwszy mieszkanie nie wygląda po prostu „stylowo”.
Wyglądało jak ona.
Minęło osiem miesięcy.
Pewnego wieczoru ktoś zadzwonił do drzwi.
Na korytarzu stał Paweł.
Bez walizki i bez dawnego, pełnego pewności siebie uśmiechu.
— Cześć.
— Cześć.
— Możemy porozmawiać?
Marta wyszła na korytarz, ale zostawiła drzwi prawie zamknięte.
Zauważył to.
— Nie zajmę ci dużo czasu.
— Dobrze.
— Słyszałem, że zrobiłaś remont.
— Zrobiłam.
— Jaki kolor wybrałaś?
— Zielony.
Uśmiechnął się krzywo.
— Przecież wiesz, że zawsze mówiłem…
Urwał i pokręcił głową.
— Przepraszam. Stary nawyk.
Marta po raz pierwszy uśmiechnęła się do niego bez złości.
— Po co przyszedłeś?
Paweł spojrzał na podłogę.
— Chciałem oddać ci pewną rzecz.
Wyjął z kieszeni mały klucz.
Stary klucz do mieszkania.
— Znalazłem go w zimowej kurtce.
Marta wyciągnęła rękę. Paweł położył klucz na jej dłoni, ale nadal nie odchodził.
— Karolina miała rację — powiedział nagle.
— W czym?
— We wszystkim. Opowiadałem każdemu inną wersję siebie. Tobie mówiłem, że robię wszystko dla rodziny. Jej, że wszystko należy do mnie. Mamie, że mnie okradasz. A samemu sobie… że zasługuję na lepsze życie.
Gorzko się uśmiechnął.
— W końcu żadna z tych wersji nie okazała się prawdziwa.