Zofia od urodzenia nie znała światła. Nie widziała barw, kształtów ani twarzy ludzi, którzy ją otaczali. Dla ojca nie była jednak ukochanym dzieckiem, lecz ciężarem, którego nigdy nie nauczył się przyjmować z czułością. Dwie starsze siostry dorastały wśród pochwał i troski, słuchały zachwytów sąsiadów i czuły, że są dla rodziny powodem do dumy. O Zofii mówiono jak najmniej, jakby jej istnienie było dla wszystkich krępującym tematem.
Po śmierci matki w domu zrobiło się jeszcze chłodniej. Zniknęło nawet to odrobinę ciepła, które wcześniej chroniło dziewczynę przed całkowitą samotnością. Ojciec przestał udawać, że obchodzi go jej los.
Kiedy Zofia skończyła dwadzieścia jeden lat, drzwi jej pokoju nagle się otworzyły. Ojciec wszedł do środka, zatrzymał się przy progu i bez żadnych wyjaśnień oznajmił:
— Jutro wychodzisz za mąż.
Zofia odwróciła głowę w stronę jego głosu.
— Za kogo?
— Za biedaka, który siedzi przy meczecie i prosi ludzi o jałmużnę.
Przez chwilę myślała, że źle usłyszała.
Szybko jednak zrozumiała, że nie było tu miejsca na pomyłkę.
Decyzja została podjęta bez niej.
Następnego dnia odbył się religijny ślub.
Po ceremonii ojciec wręczył córce niewielką torbę z rzeczami. Potem spojrzał na jej nowego męża i powiedział obojętnym tonem:
— Od tej chwili to twój problem.
Nie przytulił córki.
Nie pożegnał się z nią.
Nie życzył jej szczęścia.
Odwrócił się tylko i odszedł, jakby właśnie pozbył się ciężaru, który od lat zatruwał mu życie.
Mężczyzna miał na imię Jan.
Zaprowadził żonę do małej chaty stojącej na skraju wioski.
Zofia spodziewała się wszystkiego, co najgorsze.
Nie przypuszczała, że tym razem jej lęk okaże się niesprawiedliwy.
Jan był człowiekiem niezwykle łagodnym i uważnym. Podczas zimnych nocy przykrywał Zofię własnym kocem. Pomagał jej odnaleźć się w nowym domu, przynosił wodę, przygotowywał posiłki i mówił do niej z taką delikatnością, jakby była najcenniejszą osobą na świecie.
Po raz pierwszy Zofia poczuła, że ktoś potrzebuje jej nie z litości.
Mijały kolejne dni.
Potem tygodnie.
A w jej sercu powoli rodziło się uczucie do człowieka, którego przecież nie wybrała i którego poślubiła z rozkazu ojca.
Mimo to pewne rzeczy nie dawały jej spokoju.
Jan czasami znikał na kilka godzin i nie tłumaczył, dokąd idzie. Zdarzało się również, że mieszkańcy wioski pozdrawiali go w sposób zupełnie niepasujący do zwykłego żebraka. Niektórzy odnosili się do niego z wyraźnym szacunkiem, jakby wiedzieli o nim znacznie więcej, niż chcieli powiedzieć.
Za każdym razem, gdy Zofia pytała o jego przeszłość, odpowiadał niemal tak samo:
— Nie zawsze byłem taki, jakim widzisz mnie dzisiaj.
Pewnego dnia na targu podeszła do Zofii jej starsza siostra Anna. Chwyciła ją mocno za rękę i nachyliła się do jej ucha.
— Jest coś, czego jeszcze nie wiesz — szepnęła.
— O czym mówisz?
Anna rozejrzała się nerwowo, a potem przysunęła jeszcze bliżej.
— Mężczyzna, za którego wydał cię ojciec, wcale nie jest tym, za kogo się podaje.
Serce Zofii zaczęło bić szybciej.
— Co chcesz przez to powiedzieć?
— Ojciec nie wydał cię za niego dlatego, że Jan jest biedny.
Anna zamilkła na chwilę.
— Powód był zupełnie inny.
Przez resztę dnia Zofia nie potrafiła znaleźć sobie miejsca. Myśli wirowały w jej głowie, a każda kolejna wydawała się bardziej niepokojąca od poprzedniej.
Wieczorem, kiedy zostali z Janem sami, nie zdołała już dłużej milczeć.
— Powiedz mi prawdę. Kim naprawdę jesteś?
Jan przez dłuższy czas się nie odzywał. W końcu usiadł obok niej, ujął jej dłonie i powiedział cicho:
— Miałem nadzieję, że nigdy nie poznasz tego w taki sposób.
Oddech Zofii stał się ciężki.
— Czego nie mam poznać?
Jan głęboko westchnął.
— Twój ojciec od początku wiedział, kim jestem.
Palce Zofii zadrżały.
— Skoro tak, to dlaczego zachowywał się, jakby widział cię po raz pierwszy?
Jan wstał i podszedł do okna. Przez kilka chwil patrzył na ciemność za szybą.
— Bo zależało mu na tym, żeby wszyscy właśnie tak myśleli.
W chacie zapadła cisza. Na zewnątrz wiatr poruszał gałęziami starego drzewa. Gdzieś dalej szczekał pies.
Zofia słuchała tych odgłosów i miała wrażenie, że wszystko, co dotąd uważała za prawdę, rozpada się na kawałki.
— Powiedziałeś, że ojciec wiedział, kim jesteś. Ale Jan to chyba twoje prawdziwe imię?
Mężczyzna odwrócił się w jej stronę.
— Nie.
— Jak więc naprawdę się nazywasz?
— Moje prawdziwe imię zna niewiele osób. Tutaj zaczęto nazywać mnie Janem dopiero później.
Zofia poczuła chłód przebiegający po plecach.
— Kim zatem jesteś?
Odpowiedź długo nie chciała przejść mu przez gardło.
— Kilka lat temu moja rodzina należała do najbardziej szanowanych w całej okolicy. Mieliśmy sady, ziemię i sklepy. Ludzie przychodzili do mojego ojca po radę. Szacunek, którym nas darzono, nie wynikał wyłącznie z majątku. Ojciec nigdy nikogo nie oszukał i zawsze dotrzymywał słowa.
Zofia milczała, wsłuchując się w jego głos.