Zofia wyłączyła piekarnik i ostrożnie wyjęła blachę z pieczonymi ziemniakami oraz kurczakiem. Po całej kuchni rozszedł się aromat czosnku, koperku i rumieniącego się mięsa — dokładnie takie danie szczególnie lubił Stefan Nowak.
— Michale, zawołaj ojca na kolację — poprosiła męża. — Bo później znowu będzie narzekał, że wszystko wystygło.
— Już idę — odpowiedział z pokoju.
Zofia ustawiła na stole talerze, a potem przez chwilę oparła dłonie o blat. Miała zaledwie trzydzieści dwa lata, ale ostatnio coraz częściej czuła się tak, jakby była znacznie starsza. Praca, prowadzenie domu, zakupy, rachunki, remont, opieka nad teściem… Gdy tylko udawało jej się uporać z jednym problemem, natychmiast pojawiały się trzy następne.
Mieszkanie, w którym mieszkała z Michałem, należało do jego ojca — Stefana Nowaka. Trzy lata wcześniej mężczyzna sam zaproponował młodym:
— Po co macie co miesiąc płacić jakiemuś obcemu właścicielowi? Zamieszkajcie w moim mieszkaniu. I tak stoi puste.
Wtedy trudno było nazwać to miejsce przytulnym. Stare tapety odchodziły od ścian, w łazience bez przerwy przeciekały rury, zimą od okien ciągnęło tak mocno, że na parapetach czasami pojawiała się cienka warstwa lodu. Kuchnia wyglądała zaś tak, jakby ostatni remont przeprowadzono tam jeszcze w czasach studenckich Stefana.
Zofia i Michał nie narzekali. Wręcz przeciwnie — byli szczęśliwi, że dostali taką szansę.
— Przynajmniej nie będziemy wynajmować cudzego mieszkania — powiedział wtedy Michał. — Powoli doprowadzimy je do porządku.
I rzeczywiście doprowadzili.
Za własne pieniądze.
Wymienili okna, całą instalację elektryczną i rury. Położyli panele, zamontowali nowe drzwi. Zamówili najtańsze, ale schludne i wygodne meble kuchenne. Wieczorami Michał szpachlował ściany, a w weekendy Zofia zrywała stare tapety i malowała kaloryfery.
Nawet balkon został oszklony.
Kiedy remont dobiegł końca, Stefan przechodził z pokoju do pokoju, dokładnie oglądał wszystkie zmiany i z zadowoleniem kiwał głową.
— No proszę. Teraz to zupełnie inne mieszkanie.
Ani razu jednak nie powiedział zwykłego „dziękuję”.
Zofia zresztą nie oczekiwała wdzięczności. Od dawna była przyzwyczajona do tego, że wiele rzeczy robi po prostu dlatego, że uważa je za słuszne.
Kiedy zimą teść zachorował, to właśnie ona kupowała mu lekarstwa, gotowała rosół i umawiała wizyty u lekarza.
Gdy w jego starym samochodzie zepsuło się zawieszenie, Michał i Zofia sami zapłacili za naprawę.
— Później wam oddam — obiecał Stefan.
Nie oddał.
Zofia nawet mu o tym nie przypomniała.
W dniu jego urodzin wstawała o siódmej rano, żeby zdążyć przygotować jego ulubione gołąbki i tort z wątróbki. Jeśli przyjeżdżał bez zapowiedzi, natychmiast nastawiała wodę na herbatę i wyjmowała z lodówki wszystko, co najlepsze.
Mniej więcej rok wcześniej Stefan jakby zmienił się w zupełnie innego człowieka.
Od tamtej pory ciągle coś mu przeszkadzało.
Raz zauważał kurz na najwyższej półce.
Innym razem narzekał, że buty w przedpokoju stoją nie tam, gdzie powinny.
Zasłony wybrane przez Zofię określał jako „takie jak w szpitalu”.
Zupa była albo za mało treściwa, albo przesolona.
A kiedy Zofia długo pracowała, słyszała, że za dużo czasu spędza poza domem.
Tydzień później potrafił powiedzieć coś zupełnie przeciwnego:
— Dzisiejsza młodzież umie tylko odpoczywać.
Michał zwykle milczał.
— Nie zwracaj na niego uwagi — mówił żonie po kolejnej wizycie ojca. — Wiesz, jaki ma charakter.
Zofia wiedziała.
I znosiła to.
Jednak tego wieczoru coś w niej ostatecznie pękło.
Stefan przyszedł około siódmej. Nie zdążył jeszcze dobrze zdjąć kurtki, a już zaczął oglądać przedpokój z miną człowieka, który przyszedł odebrać mieszkanie po lokatorach.
— Co to za pudło?
— Zostały tam płytki po remoncie łazienki — wyjaśniła Zofia. — Michał chciał zawieźć je do garażu.
— Chciał od pół roku.
— Tato, minęły dopiero dwa tygodnie — wtrącił Michał.
— Dla ciebie może dwa.
Podczas kolacji uwagi nie ustawały.
Stefan nałożył sobie ziemniaki, spróbował kawałek kurczaka i skrzywił się z niezadowoleniem.
— Suchy.
Zofia nic nie odpowiedziała.
— Przecież kiedyś ci tłumaczyłem, Zosiu, że mięso trzeba przykrywać folią.
— Było przykryte.
— Widocznie za krótko.
Michał uśmiechnął się nerwowo.
— Tato, kurczak jest w porządku. Naprawdę smaczny.
— Ty zjesz wszystko. Byle tylko postawili przed tobą talerz.
Zofia powoli odłożyła widelec.
— Nałożyć ci sałatki?
— Nałóż.
Przysunęła do niego miskę.
Stefan jeszcze raz rozejrzał się po kuchni.
— A tak przy okazji, fronty szafek są już porysowane.
— Gdzie? — zapytała Zofia, nie rozumiejąc.
— Przy uchwycie.
— To prawie niewidoczna rysa.
— Widoczna czy nie, mieszkanie jest moje.
Przy stole zapadła natychmiastowa cisza.
Zofia podniosła wzrok.
— Co ma znaczyć to, co właśnie powiedziałeś?
Stefan wzruszył ramionami.
— Nic szczególnego. Po prostu o cudze rzeczy powinno się bardziej dbać.
Słowo „cudze” zabolało ją znacznie mocniej, niż się spodziewała.
— Mieszkamy tutaj już trzeci rok.
— I co z tego?
— Wyremontowaliśmy całe mieszkanie.