Piętnaście lat milczenia zniszczyło wszystko, czym żyła — dopiero nocna rozmowa teściów ujawniła prawdę

Joanna przesunęła dłonią po włosach i spojrzała na dom rodziców Marka. Duży, ceglany budynek jak zawsze wydawał jej się zbyt przestronny dla dwojga starszych ludzi.

— Gotowa? — Marek wyjął torby z bagażnika.

— Tak — odpowiedziała, zmuszając się do uśmiechu. Przez piętnaście lat małżeństwa nauczyła się ukrywać napięcie niemal bezbłędnie.

Drzwi otworzyła Halina. Miała świeży makijaż, starannie ułożone włosy i nowy domowy szlafrok.

— No, nareszcie jesteście. Mareczku, kochanie! — objęła syna i pocałowała go w policzek. Na Joannę zerknęła tylko przelotnie. — Dzień dobry, Joasiu.

— Dzień dobry — Joanna podała jej pudełko pralinek.

— A po co to? Ojcu znowu skoczył cukier.

Marek, jak zwykle, udał, że niczego nie zauważył.

W salonie Henryk siedział przed telewizorem i oglądał wiadomości. Nie odrywając wzroku od ekranu, skinął im jedynie głową.

— Kolacja będzie za godzinę — oznajmiła Halina. — Marek, zajrzysz do mnie do kuchni i pomożesz. Joanna może na razie odpocząć.

Odpocząć. Jakby była tu tylko niepotrzebnym gościem, który do niczego się nie przydaje.

Joanna poszła do pokoju dla gości, rozpakowała rzeczy i usiadła na brzegu łóżka. Przez ścianę słyszała głosy Marka i jego matki. Rozmawiali o sąsiadach, lekach i pracy.

Po co właściwie przyjeżdżali tu co miesiąc? Dla zachowania pozorów? A może Marek naprawdę tęsknił za rodzicami?

— Joanno, chodźcie do stołu! — zawołała Halina.

Na stole jak zwykle stał pieczony kurczak, ziemniaki i sałatka.

— Marek mówił, że znowu pojechaliście na urlop do Chorwacji — zaczęła teściowa. — My w waszym wieku jeździliśmy na działkę. Przynajmniej był z tego jakiś pożytek.

— Teraz ludzie żyją trochę inaczej — odparła spokojnie Joanna.

— Owszem, inaczej. Kiedyś rodzina była ważniejsza niż rozrywki.

Joanna poczuła, jak całe ciało napina się od środka. Marek jadł bez pośpiechu, udając, że rozmowa go nie dotyczy.

— A kiedy wreszcie zdecydujecie się na dzieci? — Henryk podniósł wzrok znad talerza. — Czas nie stoi w miejscu.

— Tato, już o tym rozmawialiśmy — powiedział cicho Marek.

— Rozmawialiście i rozmawialiście, a rezultatów jak nie było, tak nie ma.

Joanna gwałtownie odsunęła krzesło.

— Przepraszam, rozbolała mnie głowa. Pójdę się położyć.

W pokoju zamknęła drzwi i oparła się o nie plecami. Palce jej drżały. Znowu te same aluzje, te same wyrzuty i ten sam mąż, który wolał milczeć.

Marek wszedł po mniej więcej półgodzinie.

— Co się stało?

— Nic. Po prostu jestem zmęczona.

— Oni nie chcą źle. Martwią się.

Martwią się. Joanna odwróciła twarz do ściany.

— Dobranoc.

Położył się obok i niemal natychmiast zasnął. Ona zaś leżała z otwartymi oczami i myślała, że to kolejny taki wyjazd, kolejne pytanie przy stole, kolejny wieczór, podczas którego zachowują się tak, jakby jej w ogóle nie było. I znowu to niekończące się milczenie Marka.

Piętnaście lat. Czy to naprawdę nigdy się nie skończy?

Obudziła się około trzeciej nad ranem. Chciało jej się pić, a skronie pulsowały tępym bólem. Marek rozłożył się niemal na całym łóżku.

Joanna ostrożnie wstała i wyszła na korytarz. Mała lampka nocna ledwie rozjaśniała ściany, a stare deski cicho skrzypiały pod stopami.

Przy kuchni zatrzymała się nagle. Ze środka dobiegały głosy teściów.

— …trzyma przy sobie tę bezpłodną kobyłę — syknęła ze złością Halina. — Piętnaście lat! Ani dziecka, ani żadnego pożytku z niej.

— Ciszej, jeszcze usłyszy — mruknął niezadowolony Henryk.

— Niech słyszy! Może wreszcie pójdzie po rozum do głowy. Mareczek mógł ożenić się z kim tylko chciał. Przystojny, dobrze zarabia, ma mieszkanie.

Joanna przywarła do ściany. Serce waliło jej tak mocno, jakby jego uderzenia mogły obudzić cały dom.

— I co zamierzasz zrobić? — zapytał teść.

— Jutro porządnie z nim porozmawiamy. Mężczyzna powinien rozumieć, że życie ucieka. W wieku czterdziestu trzech lat nie jest jeszcze za późno, żeby założyć normalną rodzinę.

— A mieszkanie? Samochód?

— Mieszkanie jest zapisane na Marka. Przecież pomagaliśmy przy wkładzie własnym. Samochód też jest jego. Jej zostaną najwyżej te żałosne grosze.

Halina zaśmiała się krótko i nieprzyjemnie.

— Wielka pani bibliotekarka… Jakie ona może mieć pieniądze?

— Myślisz, że się zgodzi? — burknął Henryk.

— Oczywiście. Zawsze mnie słuchał, teraz też posłucha. Trzeba mu tylko odpowiednio wytłumaczyć, że jest nieszczęśliwy, że męczy się obok tej… jak jej tam…

— Joanny.

— Właśnie. Najwyższy czas pozbyć się zbędnego ciężaru.

Zbędny ciężar. Przez piętnaście lat była dla nich zbędnym ciężarem.

— A jeśli zacznie się sprzeciwiać? — dopytywał Henryk.

— Nie zacznie. Marek nigdy mi się nie przeciwstawiał.

Zabrzęczały naczynia, potem trzasnęły drzwiczki szafki.

— Dobrze — powiedziała Halina. — Idziemy spać. Jutro wszystko rozstrzygniemy.

Joanna dotarła do łazienki i zamknęła drzwi na klucz. Usiadła na opuszczonej desce sedesowej, zakrywając twarz dłońmi.

Zbędny ciężar. Bezpłodna kobyła.

Tyle lat się starała. Przygotowywała potrawy na święta, wybierała prezenty, znosiła złośliwości i uśmiechała się wtedy, gdy miała ochotę rozpłakać się na głos. A teraz zamierzali wyrzucić ją z życia Marka jak starą, niepotrzebną rzecz.