Marek ich posłucha. Oczywiście, że posłucha. Zawsze wybierał matkę.
Wróciła do pokoju. Mąż spał tak spokojnie, jakby na świecie nie istniały ból, upokorzenie ani zdrada. Położyła się obok i czekała na poranek.
O siódmej wstała, ubrała się i zaczęła pakować rzeczy. Marek się obudził.
— Dlaczego wstałaś tak wcześnie?
— Wyjeżdżam.
— Jak to wyjeżdżasz? Przecież mieliśmy zostać do wieczora.
— Chcę wrócić do domu. Teraz.
Podniósł się na łokciu i rozejrzał po pokoju zdezorientowany.
— Co się stało?
— Nic. Po prostu jadę.
— Ale rodzice…
Joanna podniosła torbę.
— Powiesz im, że źle się czuję.
— Pojadę z tobą.
— Nie trzeba. Zostań z nimi.
Wyszła na korytarz. W przedpokoju założyła kurtkę i zamówiła taksówkę.
— Joanno, dokąd ty się wybierasz? — Halina pojawiła się w drzwiach. — Śniadanie już stoi na stole.
— Wracam do domu. Dziękuję za gościnę.
— Tak nagle?
Joanna spojrzała na jej starannie pomalowane usta i chłodny błysk w oczach.
— Mam sprawy.
Taksówka przyjechała po dziesięciu minutach. Joanna zamknęła za sobą drzwi domu i wsiadła do samochodu.
Zbędny ciężar sam zwolnił miejsce.
W mieszkaniu zaparzyła mocną herbatę. Cisza przygniatała jej ramiona. Zwykle wracali późno, zmęczeni, jedli szybką kolację i rozchodzili się do swoich zajęć. Teraz była sobota, dochodziła jedenasta, a ona siedziała w domu sama.
Zadzwonił telefon. Marek.
— Dojechałaś?
— Tak.
— Mama powiedziała, że zachowywałaś się jakoś dziwnie.
Dziwnie. Joanna uśmiechnęła się bez radości.
— Wszystko w porządku. A u was?
— Jak zwykle. Przyjadę wieczorem, porozmawiamy.
— Dobrze.
Rozłączyła się i rozejrzała po mieszkaniu. Tapety wybierali razem, meble również. Tylko wkład własny rzeczywiście kiedyś opłacili rodzice Marka. Według logiki Haliny oznaczało to najwyraźniej, że Joanna nigdy nie miała tu nic do powiedzenia.
Podeszła do szafy i wyjęła teczkę. Akt małżeństwa, umowę, dokumenty dotyczące mieszkania. Lokal był zapisany na nich oboje.
Kolejne kłamstwo tej starej wiedźmy.
Schowała papiery z powrotem i długo stała przy oknie. Za szybą toczyło się szare miejskie życie. Samochody wolno przesuwały się ulicą, ludzie gdzieś się spieszyli, ktoś niósł zakupy, ktoś rozmawiał przez telefon. Ona zaś stała w mieszkaniu, które przez tyle lat nazywała domem, i nagle zrozumiała, że prawie nic tutaj nie mówi o niej.
Przez wszystkie te lata wybierała wszystko tak, by wygodnie było Markowi. Jego gust, jego przyzwyczajenia, jego komfort. W rezultacie mieszkanie stało się odbiciem jednego człowieka, a jej własna obecność jakby rozpłynęła się pomiędzy ścianami.
Westchnęła ciężko, nalała sobie drugą herbatę i upiła niewielki łyk. Pozostawało czekać do wieczora. Rozmowa była nieunikniona. Tym razem jednak nie zamierzała milczeć.
Telefon zawibrował na stole. Wiadomość od Ewy: „Gdzie jesteś? Miałaś dziwny głos. Wszystko dobrze?”
Joanna długo nie odpowiadała. Nie chciała się skarżyć ani wyglądać na słabą. Kiedy jednak przypomniała sobie nocne słowa teściowej, napisała: „Jutro do ciebie przyjadę. Muszę porozmawiać”.
Ewa niemal od razu wysłała serduszko i krótkie: „Czekam”.
Joanna odłożyła telefon. Coraz mocniej czuła, że dawne życie zbliża się do końca. A może właśnie zaczynało się nowe? Tego jeszcze nie wiedziała.
Drzwi trzasnęły około wpół do szóstej. Marek wrócił wcześniej, niż zapowiadał. Zdjął buty, wszedł do kuchni i zauważył na stole równy stos dokumentów.
— Co to jest?
— Nasze papiery. Nie poznajesz?
— Po co je wyciągnęłaś?
— Chciałam coś sprawdzić — odpowiedziała chłodno.
— Co dokładnie?
Joanna spojrzała na męża tak, jakby po raz pierwszy zobaczyła go naprawdę. Zdezorientowany wzrok, uniesione brwi, palce drżące tak lekko, że ktoś mniej uważny mógłby tego nie zauważyć. Bał się bezpośrednich rozmów. Zawsze się ich bał.
— Mieszkanie należy do nas obojga, Marku.
— No… tak…
— Wiedziałeś, że twoja matka opowiada co innego?
— Co masz na myśli?
— Dokładnie to, co powiedziałam. Jest przekonana, że całe mieszkanie jest wyłącznie twoje.
Marek zmarszczył brwi, usiadł przy stole i przesunął dłonią po włosach.
— Mama często przesadza. Mówiłem jej, że zapisaliśmy lokal na nas oboje, ale przecież ją znasz, ona…
— Wiem, że uważa mnie za kogoś zbędnego — przerwała mu Joanna. — I wiem, że ani razu naprawdę nie próbowałeś jej powstrzymać.
Otworzył usta, jakby chciał zaprotestować, lecz nie znalazł słów. Joanna patrzyła na niego spokojnie, niemal bez emocji. Ostry ból ustąpił, pozostawiając po sobie ciężkie zmęczenie.
— Słyszałam ich nocną rozmowę. Wszystko. Każde zdanie.
Marek gwałtownie wstał.
— Ty… podsłuchiwałaś?
— Nie, Marku. Poszłam po wodę i usłyszałam ich przypadkiem. Nie stałam tam specjalnie.
Poczerwieniał i odwrócił twarz, jakby chciał ją ukryć.
— Oni… powiedzieli za dużo…
— Nie oni. Ona. A ty przecież nigdy jej nie zatrzymasz. Jutro też jej nie zatrzymasz, kiedy zacznie przekonywać cię, żebyś mnie zostawił.
Nie zaprzeczył. Znowu opadł na krzesło, jak człowiek, któremu nagle usunięto grunt spod nóg.
— Joanno… co chcesz ode mnie usłyszeć?
— Prawdę. Bez ładnych usprawiedliwień.