— Przecież nie mówiłem tego na serio. Wiesz o tym… — bąknął z zakłopotaniem Marek, lecz Elżbieta już znalazła mieszkanie i po raz pierwszy naprawdę postanowiła odejść

— I co masz do powiedzenia?

Elżbieta powoli zeszła ze stołka.

— Napijesz się herbaty?

— Nie masz nic mądrzejszego?

— Mam. Zasłony zostają.

Marek przez kilka sekund patrzył na nią tak, jakby widział ją pierwszy raz. Potem prychnął i wyszedł do pokoju. Ręce Elżbiety drżały tak mocno, że nie od razu udało jej się nalać wody do kubka.

Tej nocy długo nie mogła zasnąć. Za oknem szumiał deszcz, a na podwórzu co jakiś czas trzaskała niedomknięta klapa kontenera. Marek spał odwrócony do ściany.

Elżbieta leżała obok i myślała o zasłonach.

Przez trzydzieści lat założyła setki poletek doświadczalnych. Ratowała uprawy po wiosennych przymrozkach, kłóciła się z przełożonymi o kiepskie nasiona, podczas ulewy sprawdzała pola. Tam nie bała się pomyłki ani tego, że będzie musiała obstawać przy swoim.

Dlaczego więc w domu brakowało jej odwagi nawet do wybrania materiału na własne okno?

Ostrożnie sięgnęła po telefon i otworzyła ogłoszenia wynajmu mieszkań.

Przeglądała je długo. Jedne były za drogie, inne znajdowały się zbyt daleko od pracy. W jednym pokoju zamiast łóżka stała zapadnięta kanapa, w drugim na ścianach wisiały dywany, a kuchnia była tak maleńka, że lodówkę ustawiono w przedpokoju.

Nad ranem znalazła kawalerkę oddaloną zaledwie o dwa przystanki od stacji doświadczalnej. Skromną, ze starymi meblami i balkonem, ale jasną. Z okna widać było niewielkie podwórko i wąski pas ziemi przy ogrodzeniu.

Zapisała numer telefonu.

Rano prawie go usunęła.

Ostatecznie zostawiła.

Przez kilka następnych dni Marek zachowywał się tak, jakby nic się nie wydarzyło. Żartował, przyniósł ze sklepu cukierki, a w sobotę sam usmażył ziemniaki.

Elżbieta niemal przekonała samą siebie, że przesadza. Może on naprawdę mówił to bez zamiaru? Może była to tylko jedna nieudana uwaga, która przez lata powtarzała się zbyt często?

W niedzielę przypadkiem rozlała herbatę na stół. Marek gwałtownie odsunął się od plamy.

— Jak można być taką niezdarą? Wszystko zawsze wypada ci z rąk!

— Zaraz wytrę.

— Oczywiście, wytrzesz. A potem coś jeszcze stłuczesz albo rozlejesz. Gdybyś mieszkała sama, szybko nauczyłabyś się uważać.

Elżbieta bez słowa chwyciła ściereczkę.

Tego samego wieczoru zadzwoniła do właścicielki kawalerki. Na oglądanie umówiły się we wtorek.

Mieszkanie okazało się jeszcze mniejsze niż na zdjęciach. W przedpokoju pachniało starymi książkami, drzwiczki jednej z kuchennych szafek nie domykały się, a na balkonie stał pusty trzylitrowy słoik.

— Poprzednia lokatorka trzymała w nim kwiaty — wyjaśniła właścicielka. — Może go pani wyrzucić.

— Nie trzeba. Zostawię.

Elżbieta podeszła do okna. Na dole rosła stara grusza, prawie pozbawiona liści. Za ogrodzeniem widać było dachy domów, a dalej ciągnął się wąski pas pola.

— Zastanowię się do jutra — powiedziała.

Zadatek przelała jednak już w autobusie.

W następną sobotę Marek zaprosił do domu dwoje kolegów z żonami. Powodem do świętowania było przydzielenie mu nowego autobusu. Klara przyjechała z miasta na weekend.

Elżbieta od rana przygotowywała jedzenie. Upiekła kurczaka z ziemniakami, zrobiła sałatki, wyjęła marynowane ogórki i pomidory, które latem sama zamknęła w słoikach. Na deser przygotowała szarlotkę.

Przy drzwiach postawiła starą brązową torbę. W środku miała dokumenty, ładowarkę, ciepły sweter, dwa komplety ubrań i wydrukowaną umowę najmu.

Marek zauważył bagaż.

— Dokąd się wybierasz?

— Na razie nigdzie.

— Wygląda, jakbyś jechała na dworzec.

— Może rano się przydać.

Chciał o coś zapytać, ale właśnie wtedy rozległ się dzwonek.

Przy stole Marek tryskał dobrym humorem. Opowiadał zabawne historie z trasy, wspominał pasażerów próbujących płacić starymi żetonami i zachwalał nowy autobus.

Wszyscy się śmiali.

Elżbieta przynosiła z kuchni kolejne dania, odnosiła puste talerze i dolewała kompotu. Siadała zaledwie na chwilę, po czym znów wstawała.

Klara kilka razy próbowała złapać jej spojrzenie.

— Mamo, usiądź wreszcie. Ja przyniosę.

— Siedź, kochanie. Jesteś po podróży.

Po dwóch godzinach Marek zaczął mówić coraz głośniej.

— Ela, ziemniaki już wystygły. Podgrzej je, dobrze?

— Są jeszcze ciepłe.

— Nie mówię, że lodowate. Po prostu je podgrzej.

Elżbieta zabrała talerz. Gdy wróciła, Marek skinął z zadowoleniem w stronę gości.

— Widzicie? Beze mnie by przepadła. Ciągle trzeba jej o wszystkim przypominać. Tyle lat jesteśmy razem, a ona wciąż nie wie, że nie jem zimnego.

Przy stole zapadła krótka, niezręczna cisza.

— Tato, przestań — powiedziała Klara.

— A co takiego powiedziałem? Sami swoi.

— Mama od rana stoi przy kuchence. Możesz chociaż dzisiaj się do niej nie przyczepiać?

Marek uśmiechnął się, lecz jego oczy zrobiły się chłodne.

— O, obrończyni się znalazła. To zabierz matkę do siebie. Najwyraźniej ze mną jest jej tak źle.

— Marku, nie zaczynaj — odezwała się cicho Elżbieta.

— Ja niczego nie zaczynam. Od dawna mówię, że jeżeli komuś coś nie odpowiada, może zamieszkać osobno. Świat się od tego nie zawali.

Spojrzał po gościach, czekając na śmiech. Nikt się nie roześmiał.