Michał stał przy łóżku, ściskając w dłoni kluczyki do samochodu.
Z podwórza dobiegał śmiech Marty. Słychać też było, jak Bartek krząta się przy grillu.
— Dobrze, tato. Odpoczywaj. Przyjedziemy innym razem. Po co ci teraz hałas.
— Innym razem — powtórzył Stanisław, patrząc w sufit.
Pakowali się szybko.
Niemal w dobrych humorach.
Jakby ktoś nagle zdjął z nich nieprzyjemny obowiązek.
Mateusz, już wysoki i z głosem, który zaczynał się łamać, zatrzymał się przy drzwiach.
— Może trzeba mu coś kupić? — zapytał Michała. — Chleb albo lekarstwa? I tak będziemy przejeżdżać przez miasteczko.
— Przecież lekarz powiedział, że ma odpoczywać — odparł tamten lekceważąco.
Mateusz mimo wszystko wszedł do pokoju.
— Dziadku Staszku, przywieźć panu coś? Chleb? I tak jedziemy przez miasto.
— Nie trzeba, Mateuszku. Niczego nie potrzebuję.
Patrzył w sufit.
Gdyby odwrócił głowę i spojrzał na chłopca, prawdopodobnie nie zdołałby powstrzymać łez.
Obce dziecko stało przy jego łóżku i pytało, czy ma mu przywieźć chleb.
A rodzony syn czekał na podwórzu, aż wreszcie będzie można odjechać.
Mateusz zauważył na parapecie torebkę z nasionami nagietka. Na odwrocie skrawka papieru zapisał swój numer telefonu i wsunął go pod solniczkę.
— Będzie tutaj. Proszę dzwonić o każdej porze. Zawsze odbiorę.
Miesiąc później chłopak wyjechał na studia do stolicy.
Michał przyjechał jeszcze dwa razy.
Przywiózł lekarstwa.
Posiedział niecałą godzinę.
Kilka razy spojrzał na zegarek.
A potem przestał się pojawiać.
Zima była wtedy szara i prawie bez śniegu, za to na schodach bez przerwy tworzyła się cienka warstwa lodu.
Stanisław chodził po domu, podpierając się framugami, i godzinami wyglądał przez okno na ogród.
Ogród zaczął umierać pierwszy.
Trawa wyrosła niemal po pas.
Gruszki spadały prosto w chwasty i tam gniły, przyciągając osy.
Na czereśni, którą Helena posadziła w roku narodzin Michała, uschła całkowicie jedna z grubych gałęzi.
Stanisław wciąż zamierzał ją odpiłować.
Nie miał już jednak siły wejść na drabinę.
W piwnicy stały słoiki.
Ustawione równymi rzędami.
Na każdym wieczku, jego ołówkiem i jego charakterem pisma, widniały napisy:
„Wiśnie — dla Michała”.
„Śliwki — dla dzieci”.
„Ogórki — dla Marty, bez czosnku, bo nie lubi”.
Każdej jesieni, dopóki wystarczało mu sił, robił przetwory z przyzwyczajenia.
Ręce pracowały niemal same.
Tylko po słoiki nikt nie przyjeżdżał.
— Michał — powiedziała pewnego dnia Marta — powinieneś jednak zajrzeć do ojca.
— Po co?
— No… kto wie. Może już nawet nie żyje. Dom stoi niewykorzystany. Sprawdzałam, nieruchomości w tamtej okolicy całkiem dobrze się teraz sprzedają.
— Poprosiłem sąsiada. Jeśli coś się stanie, zadzwoni.
Sąsiad nie zadzwonił.
Stanisław nadal żył.
Żył cicho, prawie niezauważalnie.
Jak dom, w którym przez lata nikt nie wymienia przepalonej żarówki.
Rano stawiał na kuchence czajnik.
W południe siedział na ganku.
Wieczorem przykrywał rysunek Zosi serwetką, żeby słońce nie wypalało kolorów.
Papier mimo to powoli żółkł.
— No cóż — mówił czasem do sufitu — wygląda na to, że moja kolej też niedługo nadejdzie.
Obudził go huk dobiegający z podwórza.
Ktoś próbował otworzyć furtkę, która od prawie roku nie działała jak należy. Trzeba ją było unieść, a potem pociągnąć do siebie.
Po chwili rozległy się kroki.
A zaraz potem niski, nieznajomy głos:
— Dziadku Staszku! Żyjesz?
Stanisław gwałtownie usiadł na łóżku.
Serce uderzyło tak mocno, że poczuł pulsowanie w uszach.
— Kto pyta?
W drzwiach stał wysoki młody mężczyzna w sportowych butach. Na palcu obracał kluczyki do samochodu.
Włosy sterczały mu na wszystkie strony.
Stanisław długo mu się przyglądał.
W końcu zdołał powiedzieć tylko:
— Ale wyrosłeś.
— Wyrosłem — uśmiechnął się Mateusz. — Dzwoniłem do pana. Telefon milczy.
— Gdzieś leży w szufladzie. Niby do kogo miałem dzwonić?
Mateusz wyszedł na zewnątrz.
Obejrzał trawę sięgającą pasa.
Przechyloną furtkę.
Dach, z którego zsunęło się kilka płyt eternitu.
— Wszystko jasne — stwierdził. — Gdzie jest siekiera?
Od tamtej pory przyjeżdżał w każdą sobotę.
Nie pytał o pozwolenie.
Nie pytał, czy coś trzeba zrobić.
Pierwszego dnia skosił trawę i odciął uschniętą gałąź czereśni — tę samą, do której dziadek od dawna nie mógł dosięgnąć.
Następnym razem założył furtkę na nowe zawiasy.
W trzecim tygodniu przywiózł płyty na dach i wspiął się, żeby go naprawić.
Stanisław stał na dole i wołał:
— Nie podchodź do samej krawędzi! Ta deska jest spróchniała!
— Wiem! Już sprawdziłem! — odkrzykiwał Mateusz z góry.
Nauczył się też rozpalać w saunie.
Po dziadkowemu.
Tak, żeby na najwyższej ławce nie dało się wytrzymać dłużej niż minutę.
— Ugotujesz mnie żywcem — stękał Stanisław.
— Sam pan mówił, że jeśli nie parzy, to nie jest prawdziwa sauna.
— Mówiłem. Ale wtedy nie miałem siedemdziesięciu pięciu lat.
Dziadek powoli odzyskiwał siły.
Najpierw wychodził tylko na ganek.
Później zaczął dochodzić do studni.
Aż pewnego dnia sam zaniósł wiadro do ogrodu i w myślach zganił się za to, że jeszcze niedawno bał się kilku schodków.
Razem zeszli do piwnicy i wynieśli słoiki.