W każdy piątek kupowałem jej kwiaty. Białe róże, bo takie lubiła. Wiem dokładnie, bo później w aplikacji bankowej znalazłem siedemnaście płatności w kwiaciarni „Florencja” w ciągu pół roku.
A pić zaczęła znowu. Nie od razu. Najpierw „jedna lampka wina w restauracji, przecież to kulturalne, Janusz, ja nie chleję, piję dla smaku”. Potem lampka zmieniła się w butelkę w domu. Butelka w dwie. Wracałem z pracy o jedenastej wieczorem, a ona leżała na kanapie w szlafroku, pusta butelka chardonnay na stoliku, telefon w dłoni, oczy szklane. Co mówiłem? Oczywiście:
— Klaudia, przecież obiecałaś.
A ona odpowiadała:
— Ja nie piję. To jest wino. Wino to nie alkohol, Janusz. To kultura. We Włoszech piją je jak wodę. Ty też byś pił, gdybyś choć trochę się znał.
Po jakimś czasie zaczęliśmy spać w oddzielnych pokojach. Nie mogłem już kłaść się obok niej i budzić od jej oddechu przesiąkniętego alkoholem.
A potem zdarzył się ten nocny telefon.
Zadzwonili do mnie o drugiej nad ranem: kierowcy, Piotrkowi Wronie, padła ciężarówka na A1 pod Strykowem, jakieś dwadzieścia parę kilometrów od Łodzi. Pełna chłodnia mięsa, kontrakt zagrożony. Ubrałem się i pojechałem.
Pędzę przez nocne miasto, skręcam na trasę przez Widzew — i na światłach widzę białą Hondę. Numery Klaudii znałem na pamięć. Druga w nocy. Samochód stoi przy bloku, którego nie znam, na osiedlowym podwórku, gdzie nigdy nie byłem.
Przejechałem dalej. Najpierw musiałem załatwić ciężarówkę. Całą noc grzebaliśmy z Piotrkiem przy pasie alternatora na poboczu, w zimnie, błocie i ciemności. Nad ranem dowieźliśmy ładunek do magazynu.
Wróciłem do domu o siódmej. Klaudia spała. Honda stała na swoim miejscu pod blokiem, jakby nigdy nic.
— Wczoraj nigdzie nie jeździłaś? — zapytałem przy śniadaniu. Spokojnie, jakbym pytał o pogodę.
— Nigdzie — odpowiedziała, nawet nie odrywając wzroku od telefonu. — Cały wieczór byłam w domu. Oglądałam serial i wcześnie poszłam spać.
Ani jeden mięsień nie drgnął. Ani rzęsa. Tak kłamią ludzie, którzy robią to stale — lekko, odruchowo, niemal automatycznie.
Nie kłóciłem się. Zacząłem sprawdzać.
Zajrzałem do aplikacji bankowej — nie na swoje konto, tylko na wspólną kartę, którą dałem jej „na dom”. Za ostatnie pół roku: czternaście płatności w restauracjach, w których razem nigdy nie byliśmy. Dziewięć płatności w barach. Trzy zakupy w Douglasie — perfumy po siedemset, osiemset złotych. Łącznie około sześćdziesięciu tysięcy złotych. Z karty „na dom”.
A później, pewnej nocy, kiedy Klaudia znowu przesadziła i zasnęła na kanapie, jej telefon zawibrował. Ekran nie był zablokowany. Wiadomość: „Klaud, dasz radę jutro? O pierwszej, jak zawsze. Czekam”. Nadawca — „Filip”.
Nie otwierałem rozmowy. Popatrzyłem tylko na listę czatów.
Filip. Bartek. Kuba misiu. Olek. Radek rest. Marcin były.
Marcin. Ten sam Marcin z salonu. Ten rzekomy „były”. Ten, z którym „rozstała się dzień przed” poznaniem mnie. Ostatnia wiadomość do niego — z wczoraj.
Zamknąłem telefon i położyłem go dokładnie tak, jak leżał, ekranem w dół.
Potem usiadłem w kuchni i nalałem sobie herbaty. Ręce mi nie drżały. W ogóle nic mi nie drżało. W środku miałem pustkę — ciężką, betonową, jak ogromna pusta hala.
Rano zadzwoniłem do Staszka.
— No — powiedział. I nic więcej. Po prostu „no”. Jak człowiek, który sześć lat czekał na ten telefon i wcale nie chciał się go doczekać.
— Miałeś rację — powiedziałem.
— Janusz, od tej racji nie jest mi lżej. Przejdźmy do konkretów. Numer prawnika ci dałem. Prezent ślubny zachowałeś?
— Zachowałem.
— Dzwoń dziś. Teraz. Nie jutro, nie za tydzień. Im dłużej będziesz zwlekał, tym drożej zapłacisz.
Ale nie zadzwoniłem.
Bo Klaudia zauważyła, że coś się we mnie zmieniło, że patrzę inaczej i inaczej milczę. I nagle znów stała się czułą kobietą. Uważną. Ugotowała kolację. Włożyła tamtą sukienkę. Podeszła i objęła mnie od tyłu.
— Januszku, czemu ty taki ponury? Wiesz, myślałam o nas. Nasze małżeństwo chyba weszło w kryzys. Patrzę na ciebie i serce mnie boli. Tobie nie wolno się denerwować, wiek, ciśnienie. Tylko nie krzycz, wysłuchaj mnie spokojnie. Może pójdziemy do psychologa? Koleżanka z pracy, Daria, zna świetną terapeutkę małżeńską. Wszyscy mówią, że ratuje związki.
— Dobrze, pójdźmy — powiedziałem. Po co, sam nie wiem. Może to była ostatnia próba, żeby uwierzyć.
Psycholożka nazywała się Joanna Żak. Gabinet w kamienicy przy Narutowicza, dyplom w ramce na ścianie, storczyk na parapecie. Dwanaście sesji po trzysta złotych — trzy tysiące sześćset. Potem zrobiło się znacznie więcej.
Na trzecim spotkaniu opowiedziałem sytuację ze swojej strony. I przede wszystkim przyznałem, że wiem o jej rozmowach z innymi mężczyznami. Myślałem, że terapeutka powie: to poważne, tak nie wolno, trzeba podjąć decyzję. Klaudia siedziała obok i pięknie płakała — to akurat umiała perfekcyjnie.
Joanna Żak wysłuchała, zdjęła okulary, przetarła je i powiedziała: