„Pszczoła nie pyta, kto sprzeda miód” — kiedy młode małżeństwo zamieszkało w opuszczonym domu, nikt nie wierzył, że przetrwa zimę, a stary pszczelarz odda im dorobek całego życia

Michał uśmiechnął się lekko.

— Przecież mówiłem, że łatwo nie będzie.

Przeprowadzka odbyła się przyczepą, na dwa kursy. Wśród kartonów jechał pusty trzylitrowy słoik owinięty w ręcznik.

Michał raz próbował go wyrzucić.

Więcej tego nie zrobił.

Wieś przyjęła ich bez otwartej niechęci, ale też bez szczególnego entuzjazmu.

Nikt właściwie nie ufał przyjezdnym, choć nikt nie potrafił dokładnie powiedzieć dlaczego. Po prostu mieszkańcy nie rozumieli, po co młodym ludziom z miasta zrujnowany, pusty dom. Czy skupują ziemię? Czy naczytali się opowieści o sielskim życiu i chcą przez chwilę pobawić się w gospodarzy, a po pierwszej prawdziwej zimie spakują rzeczy i wrócą tam, gdzie są asfalt, sklepy i ciepła woda w kranie?

A teraz jeszcze te pszczoły.

Większość mieszkańców tylko żartowała. Teresa chodziła po wsi i powtarzała rozmowę o miodzie każdemu, kogo spotkała.

Tymczasem Zofia usuwała z domu pozostałości po dawnych właścicielach: pożółkłe gazety, futerał od maszyny do szycia, samotny dziecięcy bucik.

Kiedy myła framugę między kuchnią a pokojem, spod warstwy brudu wyłoniły się ołówkowe kreski.

Było ich osiem.

Obok każdej ktoś zapisał imię i datę.

„Ola, sześć lat”.

„Ola, siedem”.

„Tadzik, cztery”.

Najwyższa kreska sięgała mniej więcej do ramienia Zofii.

Zawołała Michała. Oboje stali pośrodku pustego pokoju i patrzyli na framugę, jakby przez przypadek zajrzeli do czyjegoś dawnego życia.

Wieczorem przyszła Teresa — rzekomo po zapałki, a naprawdę po to, żeby zobaczyć, jak radzą sobie „miejscy”.

— To rodzina Kaczmarków — wyjaśniła, gdy dostrzegła kreski. — Dobrzy ludzie byli. Dzieci dorosły i wyjechały, rodzice od dawna leżą na cmentarzu. Dom został.

Umilkła na chwilę, po czym dodała:

— Zamaluje pani. Po co pani cudze wspomnienia?

Zofia nie zamalowała framugi.

Ostrożnie ją oczyściła i pokryła lakierem, zostawiając kreski, imiona i daty dokładnie takimi, jakie były.

Rok później, kiedy w domu pachniało już świeżą farbą, ta framuga nadal pozostawała jedynym elementem, którego nie zmienili.

Pan Jan pojawił się ósmego dnia.

Michał zdążył już o nim usłyszeć. We wsi mówiono na niego po prostu wuj Jan, a w całym powiecie znano go jako jednego z najlepszych pszczelarzy.

Miał siedemdziesiąt dwa lata, siwą brodę i opalone dłonie, jakby na stałe przesiąkły woskiem oraz propolisem. Jego jasne, uważne oczy należały do człowieka, który nigdy nie spieszy się z oceną.

Pszczołami zajmował się od czterdziestu lat. Miód kupowano od niego w miasteczku powiatowym, zamawiano z innych regionów, a jego samego wielokrotnie zapraszano na targi.

Kiedy usłyszał o przyjezdnych, którzy chcą założyć pasiekę, nie powiedział nic.

Tylko mruknął coś pod nosem.

Tydzień później przyszedł osobiście.

Michał rozbierał właśnie stary eternit na dachu. Zobaczył obcego przy bramie, zszedł z drabiny i przywitał się.

Pan Jan od razu przeszedł do rzeczy.

— Słyszałem, że chcecie mieć pszczoły.

— To prawda.

— A dużo wiecie o pszczołach?

— Na razie niewiele — przyznał szczerze Michał. — Czytamy.

Starzec prychnął.

— Czytać warto. Tylko książka to papier, a pszczoła jest żywa. Nie czyta waszych zasad. Żyje po swojemu.

Po chwili zapytał:

— Jaką rasę chcecie kupić?

— Myślimy o pszczole kraińskiej — odpowiedziała Zofia, wychodząc na ganek. — Rozważamy też środkowoeuropejską. Obie powinny poradzić sobie z zimą.

Pan Jan po raz pierwszy spojrzał na nią z prawdziwym zainteresowaniem. Najwyraźniej nie spodziewał się takiej odpowiedzi po młodej kobiecie z miasta.

— O mrozach myślicie rozsądnie — powiedział. — Tylko z kraińską trzeba uważać. Jest delikatniejsza. Dobrze ją ocieplić, a na zimę zostawić odpowiedni zapas pokarmu. Wiecie, czym się dokarmia?

— Syropem. Albo ciastem pszczelim.

Zmrużył oczy.

— A skąd to wiesz?

— Mój dziadek miał pasiekę. Co roku spędzałam u niego wakacje.

Jan pogładził brodę.

— No proszę.

Jeszcze raz spojrzał na Zofię, potem na Michała.

— Dobrze. Zobaczymy, co z was wyrośnie.

Odwrócił się i odszedł.

Pierwszy rok był bardzo trudny.

Przed nadejściem mrozów musieli doprowadzić dom do takiego stanu, żeby dało się w nim przeżyć zimę. Większość prac wykonywali sami, bo nie mieli pieniędzy na ekipę budowlaną.

Michał nauczył się naprawiać dach, wymieniać spróchniałe krokwie, wstawiać okna i układać podłogę. Do pieca musieli jednak wezwać zduna z miasteczka. Fachowiec rozebrał go niemal do połowy i zbudował od nowa, a Michał przez dwa dni stał obok i obserwował każdy jego ruch.

Zofia tynkowała, szpachlowała i bieliła ściany.

Pod koniec sierpnia wyszła przed bramę, odwróciła się i po raz pierwszy zobaczyła dom z oddali.

Biała cegła lśniła w słońcu tak mocno, że budynek było widać niemal od głównej drogi.

Dwa dni później przyszła Teresa.

— No proszę — powiedziała z niezadowoleniem, jakby ktoś ją oszukał. — Teraz widać was aż od zakrętu.

Pieniądze znikały szybciej, niż zakładali.

Jednak przed pierwszymi mrozami dach przestał przeciekać, okna były na miejscu, piec dobrze trzymał ciepło, a przy ścianie leżał spory stos drewna.

Pszczoły kupili jeszcze w maju.