Na początek trzy rodziny.
Michał sam zbudował ule według planów. Zofia długo wybierała miejsce, aż zdecydowała się na działkę za domem: było tam wystarczająco dużo słońca, osłona przed wiatrem, a niedaleko zaczynał się lipowy zagajnik.
Pierwszy miód odwirowali w połowie sierpnia.
Wyszły dwa trzylitrowe słoiki.
Postawili je na kuchennym stole i patrzyli na nie tak, jakby znajdowało się przed nimi coś znacznie cenniejszego niż miód.
Zofia nabrała łyżkę, spróbowała i zamknęła oczy.
— Michale. Chyba nigdy nie jadłam nic lepszego.
— Bo to nasze.
Jeden słoik zanieśli Teresie.
Drugi dali Janowi.
Teresa wzdychała, zachwycała się, ściskała Zofię, a następnego dnia na przystanku opowiadała, że od początku wiedziała, iż są to porządni ludzie.
Od tamtej pory, ilekroć ktoś kpił z „miejskich pszczelarzy”, Teresa pierwsza stawała w ich obronie.
Jan zareagował zupełnie inaczej.
Wziął słoik.
Odkręcił wieczko.
Powąchał.
Nabrał trochę na łyżkę i powoli spróbował. Przez chwilę trzymał miód w ustach, jakby próbował rozpoznać każdą roślinę, z której pszczoły przyniosły nektar.
Zamknął oczy, a potem znów je otworzył.
— Lipa jest — powiedział w końcu. — I nostrzyk.
Młodzi czekali w milczeniu.
Jan skinął głową.
— Zrobiliście wszystko jak trzeba. Dobry miód.
Te trzy słowa znaczyły dla nich więcej niż najdłuższa pochwała.
Kiedy Zofia i Michał odeszli, Jan długo stał przed swoim domem i patrzył za nimi.
Prawdziwa próba nadeszła w lutym.
Tamtej zimy mróz był tak silny, że rano drzewa trzaskały z zimna.
Michał codziennie sprawdzał pasiekę. Podchodził do każdego ula, przykładał ucho i nasłuchiwał cichego brzęczenia.
Początkowo wszystko wydawało się w porządku.
Potem jedna rodzina zaczęła słabnąć.
Kilka dni później druga.
Dźwięk dochodzący z uli stawał się coraz cichszy. Pszczoły padały.
Zofia nie potrafiła powstrzymać łez. Michał do późnej nocy przesiadywał na forach, telefonował do hodowli i próbował zrozumieć, gdzie popełnili błąd.
Nic nie pomagało.
Piątego dnia prawie pogodzili się z myślą, że stracą dwie rodziny.
Wtedy na podwórko wszedł Jan.
Miał na sobie kożuch i walonki, a na plecach niósł duży worek.
Nie tracił czasu na powitania.
— Gdzie są ule?
— Za domem.
— Prowadź.
Poszli we troje.
Jan powoli obszedł wszystkie ule. Do każdego przykładał ucho, delikatnie stukał w ścianki i nasłuchiwał. Potem zsunął worek z ramienia.
W środku znajdowały się maty z trzciny, kawałki płótna i duży motek sznurka.
— Zmarzły wam — powiedział. — Za słabo je ociepliliście. Kraińska źle znosi taki mróz. Dla niej to prawdziwa katastrofa.
— Co teraz zrobimy? — spytała Zofia.
— Będziemy pracować. Może jeszcze zdążymy.
Ocieplali ule aż do wieczora. Jan układał maty i wskazywał, gdzie trzeba zamknąć szczeliny, a gdzie koniecznie zostawić wentylację. Michał mocował wszystko sznurkiem, Zofia podawała płótno i kolejne materiały.
Jan niewiele tłumaczył.
Pokazywał, a oni powtarzali.
Kiedy skończyli, nad wsią zapadał już zmrok. Mróz stawał się coraz ostrzejszy. Jan wyprostował się i ostrożnie potarł obolałe plecy.
— Teraz mają szansę.
Zofia spojrzała na niego.
— Panie Janie, dlaczego nam pan pomaga?
Uniósł brwi.
— Co masz na myśli?
— My też sprzedajemy miód. Jesteśmy przecież konkurencją.
Przez kilka sekund patrzył na nią bez słowa, a potem się uśmiechnął.
— Pszczoła nie przejmuje się konkurencją. Robi swoje, nosi miód i nie pyta, kto później sprzeda słoik.
Umilkł, po czym dodał już poważniej:
— A wy nie jesteście już przyjezdnymi.
— Jak to?
— Normalnie. Jesteście stąd. Nasi. Nie porzuciliście domu, nie uciekliście przed pierwszym problemem, uporządkowaliście ziemię i szanujecie pszczoły. Czyli jesteście swoi.
Zofia skinęła głową.
Jan spojrzał na ciemne sylwetki uli.
— Mam siedemdziesiąt dwa lata. Nie wiem, jak długo jeszcze dam radę prowadzić pasiekę. Moja Helena nie żyje od dziesięciu lat, a ja wciąż chodzę do uli, bo nie mam dokąd indziej chodzić. Syn mieszka w mieście i nie chce o tym słyszeć. Wnuki tym bardziej. Dla nich miód i cukier to prawie to samo.
Przeniósł wzrok na młodych.
— A wy słyszycie pszczołę. Tego nie da się do końca nauczyć z książek. Albo człowiek to ma, albo nie. Dlatego nie jesteście dla mnie konkurencją.
— To kim jesteśmy? — zapytał cicho Michał.
Jan odpowiedział bez wahania:
— Następcami.
Zarzucił pusty worek na ramię i odszedł.
Po kilku krokach jego sylwetka rozpłynęła się w zimowych ciemnościach.
Zofia nagle zaczęła płakać.
Michał bez słowa ją objął.
Stali pośrodku zaśnieżonej pasieki i słuchali słabego, ale wciąż żywego brzęczenia dochodzącego z ocieplonych uli.
Pszczoły przetrwały.
Wszystkie trzy rodziny doczekały wiosny.
Wiosną szybko odzyskały siły, a latem wydarzyło się coś, czego Michał i Zofia zupełnie się nie spodziewali: z pasieki uzyskali około czterdziestu kilogramów miodu.
Pojawił się nowy problem — co z nim zrobić.
Część zostawili dla siebie, trochę rozdali sąsiadom, a resztę zabrali na targ do miasteczka powiatowego.
Rozstawili składany stół, poustawiali słoiki i przygotowali się na długie czekanie.
Nie musieli czekać długo.