— Składam pozew o rozwód! Mam dość twoich tabletek, narzekań i ciągłego bólu! Chcę młodej, zdrowej żony! — oznajmił mąż, nie podejrzewając, jak przewrotnie życie odpowie na te słowa

Po zakończeniu rozmowy Joanna zaczęła wyjmować dokumenty. Układała je na stole szerokim wachlarzem, jak karty do pasjansa. Nagle piętnaście wspólnych lat przybrało postać urzędowych papierów: akt małżeństwa, dokumenty mieszkania, umowa kredytu spłaconego trzy lata wcześniej, dowód rejestracyjny samochodu, polisy i wyciągi.

— A więc zachciało ci się młodej i zdrowej… Zobaczymy — mruknęła, wyciągając z szafy grubą teczkę z wynikami badań i wypisami ze szpitali.

Dokładnie godzinę później rozległ się dzwonek.

W drzwiach stał Piotr, starszy brat Marty. Miał na sobie elegancki, drogi płaszcz, a w ręku trzymał skórzaną aktówkę. Wyglądał jak prawnik z serialu, który nigdy nie przegrywa spraw.

— Opowiadaj — rzucił krótko, siadając przy stole i otwierając laptop.

— Mój mąż postanowił wymienić zużyty model na nowszy — powiedziała Joanna z gorzkim uśmiechem. — Znalazł młodszą kobietę, bez przewlekłych chorób i recept w torebce. A ja chciałabym… Chciałabym, żeby choć przez chwilę zrozumiał, co znaczy być chorym, bezbronnym i zależnym od cudzej dobrej woli.

Piotr uniósł brew.

— W jaki sposób zamierzasz mu to uświadomić?

— Mam pewien plan. Muszę tylko wiedzieć, czy da się go przeprowadzić zgodnie z prawem.

Przez następną godzinę omawiali każdy szczegół. Piotr marszczył brwi, po chwili kiwał głową z uznaniem, a następnie szybko zapisywał kolejne uwagi na komputerze.

— Wiesz — odezwał się w końcu, zamykając laptop — zazwyczaj nie prowadzę spraw rodzinnych. Twoja sytuacja jednak mnie zainteresowała. Podejmę się tego. A skoro przysłała cię moja siostra, dostaniesz nawet zniżkę.

— Czyli mam szansę?

— Jeżeli zadziałamy szybko i rozsądnie, wszystko da się załatwić. Przyjedź jutro rano do kancelarii. I jeszcze jedno… Naprawdę dobrze się trzymasz. Większość kobiet w podobnej sytuacji wpada w rozpacz albo zaczyna błagać męża, żeby został. Ty natomiast…

— Ja po prostu mam już dość bycia rozsądną, cierpliwą i dobrą — przerwała mu Joanna, wzruszając ramionami. — Jak mówi pewien żart: nie budźcie we mnie wiedźmy, bo i bez tego od lat cierpi na bezsenność.

Po wyjściu Piotra wyjęła z barku butelkę czerwonego wina. Nalała odrobinę do kieliszka, ale nawet nie zwilżyła ust. Siedziała tylko nieruchomo, patrząc, jak światło odbija się w ciemnoczerwonym płynie.

Telefon nie przestawał wibrować. Marta wysyłała wiadomość za wiadomością, żądając natychmiastowego wyjaśnienia. Joanna otworzyła rozmowę i odpisała krótko:

„Wszystko idzie zgodnie z planem. Jutro ci opowiem”.

Dopiero w sypialni, kiedy poprawiała pościel, pozwoliła sobie zapłakać.

Nie szlochała. Łzy spływały cicho, niemal bezgłośnie. Tak płaczą ludzie, którzy zbyt długo byli zmuszeni radzić sobie ze wszystkim sami.

Piętnaście lat. Prawie połowa dorosłego życia. Obietnice, że będą razem w szczęściu i nieszczęściu, w zdrowiu i chorobie, okazały się pustymi słowami, gdy tylko choroba przestała być abstrakcyjną możliwością, a stała się codziennością.

— Nic nie szkodzi — wyszeptała, wycierając mokre policzki. — Jutro będzie nowy dzień. A ja też będę już inna.

Następnego ranka, przygotowując się do spotkania z Piotrem, Joanna po raz pierwszy od wielu miesięcy zrobiła staranny makijaż i wyjęła z szafy ulubioną sukienkę.

Przyglądając się sobie w lustrze, nagle zrozumiała, że to, co się wydarzyło, wcale nie musi być końcem. Mogło stać się początkiem. Początkiem życia, w którym nie będzie już przepraszała za własną chorobę i czuła się winna tylko dlatego, że jej ciało nie zawsze działało tak, jak oczekiwali inni.

Marek zadzwonił, gdy właśnie zajmowała miejsce na tylnym siedzeniu taksówki.

— No i co? Powiesz mi wreszcie, jaki masz warunek?

— Oczywiście, kochanie — odpowiedziała Joanna przesadnie słodkim tonem. — Przyjedź o piętnastej do kancelarii przy Grzybowskiej. Tam wszystko omówimy.

W biurze kancelarii „Prawo i Partnerzy” panował przyjemny chłód, co bardzo Joannę ucieszyło. Źle znosiła wysokie temperatury, zwłaszcza podczas napadów migreny.

Przyjechała wcześniej, żeby razem z Piotrem jeszcze raz przejrzeć dokumenty. Jakby na złość ból znów zaczynał pulsować pod prawą skronią.

— Kawy? — zapytał adwokat, wskazując ekspres stojący w rogu gabinetu.

— Dziękuję, nie mogę. Przejdźmy od razu do konkretów.

— W takim razie posłuchaj — powiedział Piotr, rozkładając dokumenty na ciężkim, drewnianym biurku. — Jesteś całkowicie pewna, że chcesz tylko ten dom? Moglibyśmy mocno przycisnąć twojego męża. Dotarłem już do informacji o kilku niezbyt uczciwych działaniach w jego firmie.

— Jestem pewna — przerwała Joanna. — Chcę wyłącznie domu, który odziedziczyliśmy po jego matce. Żadnego szantażu. Nie zamierzam upodabniać się do Marka.

— Ten budynek jest niemal ruiną — zauważył Piotr, krzywiąc się nad fotografiami dołączonymi do wyceny. — Dach przecieka, instalacje są w fatalnym stanie, a ogród zarósł tak, że prawie nie widać ścieżki. Zdajesz sobie sprawę, ile będzie kosztował remont?

— To już moje zmartwienie — odpowiedziała z tajemniczym uśmiechem. — Przygotuj dokumenty tak, jak ustaliliśmy. I przestań patrzeć na mnie, jakbym straciła rozum. Naprawdę wiem, co robię.