— Znowu przesadziłaś z solą. Wszystko jest za słone.
Helena odsunęła talerz i obrzuciła gości znaczącym spojrzeniem, jak gdyby musiała tłumaczyć się przed nimi za nieporadność własnej synowej.
Anna nawet się nie odwróciła. W prawej dłoni trzymała chochlę, w lewej złożoną ścierkę. Za jej plecami syczał tłuszcz na patelni. Przy zastawionym stole siedziało dziewięć osób. Każda z nich czekała na kolejną porcję, jakby jej przyniesienie było czymś oczywistym.
Była sobota. Od trzech lat niemal każda sobota wyglądała tak samo.
Anna wstała przed świtem i od szóstej rano nie odchodziła od kuchenki. Galaretę mięsną nastawiła już poprzedniego wieczoru. Później zrobiła dwie sałatki, przygotowała zapiekankę, wstawiła kurczaka do piekarnika i upiekła ciasto, które Monika, siostra jej męża, zamówiła jeszcze w środę.
Helena ograniczała się do wydawania poleceń. Kazała drobniej kroić ziemniaki, bo — jak podkreślała — to nie jest stołówka pracownicza. Za każdym razem, gdy Anna zanosiła potrawę do pokoju, teściowa nakazywała jej zdejmować fartuch.
— Nie pokazuj się ludziom jak kucharka z baru. Jesteś przecież w domu.
Anna zdejmowała fartuch, niosła półmisek do jadalni, wracała do kuchni i znów go zakładała. Do południa pokonywała tę drogę co najmniej dwadzieścia razy.
Telewizor w salonie grał tak głośno, że zagłuszał rozmowy. Piotr siedział na honorowym miejscu u szczytu stołu, a tuż obok posadził matkę. Monika jedną ręką przewijała ekran telefonu, drugą nakładała sobie kolejną porcję sałatki. Jej mąż rozlewał wódkę do kieliszków. Dwoje dzieci rysowało widelcami wzory na jasnym obrusie.
Przy stole znajdowała się także para dalszych krewnych, która zjawiła się po raz pierwszy. Mimo to zachowywali się z taką swobodą, jakby od lat przychodzili tu co tydzień.
— Moja synowa jest całkiem zdolna — powiedziała Helena z miną prawdziwej gospodyni. — Sama ją wszystkiego nauczyłam. Kiedy ją poznałam, nawet jajka nie potrafiła porządnie ugotować.
Anna świetnie gotowała. Miała za sobą dziesięć lat ciężkiej pracy w gastronomii. Najpierw zatrudniła się w stołówce przy fabryce, później przeniosła do przydrożnego zajazdu.
Doskonale pamiętała ciągnące się bez końca kolejki w porze obiadowej, trzysta porcji, które trzeba było wydać przed czternastą, i gęstą parę unoszącą się nad ladą. Wiedziała, jak nakarmić tłum, nie pomylić zamówień i nie stracić panowania nad sobą. Znała wagę każdej porcji i cenę niemal każdego składnika. Kierowcy potrafili nadłożyć kilkadziesiąt kilometrów, żeby zjeść jej żurek albo gulasz.
W domu Heleny nikt jednak nie wspominał o jej doświadczeniu. Tutaj Anna była tylko kobietą stojącą przy kuchence. Za gospodynię wszyscy uważali Helenę.
Goście chwalili galaretę i z wdzięcznością spoglądali w stronę teściowej. Helena przyjmowała komplementy z łagodnym uśmiechem, jakby należały jej się od zawsze.
— Do gotowania trzeba mieć talent — oznajmiła. — Nie każdemu jest to dane. Ja całe życie spędziłam przy garnkach. Dzieci nigdy nie chodziły głodne, a mój świętej pamięci mąż też nie miał powodów do narzekania.
Podniosła kieliszek i powoli rozejrzała się po zebranych.
Jej mąż zmarł sześć lat wcześniej. Gdy żył, w ich domu gotował jednak zupełnie ktoś inny, niż wyobrażali sobie goście. O tym również nikt nie mówił.
Każda sobota zaczynała się dla Anny dźwiękiem budzika o wpół do szóstej. Jechała na halę targową, zanim miasto zdążyło się obudzić. Wkładała do bagażnika ciężkie torby, a potem ruszała do mieszkania teściowej.
Tam czekało ją obieranie, krojenie, gotowanie, smażenie i pieczenie. W południe jej kręgosłup bolał już tak mocno, że miała problem z wyprostowaniem pleców. Wtedy pojawiali się krewni. Każdy wiedział, gdzie ma usiąść i że dokładka prędzej czy później zostanie mu podana.
Nikt nie pytał, o której Anna wstała ani ile kosztowały zakupy. Takie pytania po prostu nikomu nie przychodziły do głowy.
Na urodziny Moniki Anna przez niemal dwie doby lepiła pierogi dla dwudziestu osób. Helena osobiście wniosła do pokoju ogromny półmisek, po czym opowiedziała, że przygotowanie go zajęło jej pół dnia.
Żaden z gości nie dowiedział się, że tego dnia teściowa nawet nie zajrzała do kuchni.
Anna nie zaprzeczyła. W tym domu milczała zdecydowanie zbyt często. Wydawało jej się, że cisza jest łatwiejsza od kolejnej bezsensownej awantury. Niewypowiedziane słowa zbierały się jednak w niej powoli, niczym woda spiętrzona za zamkniętą tamą.
Podczas rodzinnych spotkań Piotr stawał się wyjątkowo pogodny. Śmiał się głośno, klepał krewnych po ramionach, rozlewał alkohol i opowiadał historie z pracy. Przy matce grał rolę troskliwego syna, przy gościach — serdecznego gospodarza.
Nie zastanawiał się nad tym, że całe przyjęcie istnieje wyłącznie dzięki pracy jego żony.
Około drugiej po południu w mieszkaniu zrobiło się gwarno. Dalsi krewni zachwycali się rybą. Monika domagała się przepisu na ciasto. Dzieci przewróciły szklankę z kompotem, a ciemnoczerwona plama błyskawicznie rozlała się po jasnym obrusie.