Anna przepisała obliczenia na czysty arkusz. U góry równymi, dużymi literami napisała:
„Rachunek za wykonane usługi”.
Niżej umieściła datę oraz wszystkie pozycje. Na końcu podała koszt pojedynczego obiadu, a pod nim sumę za trzy minione lata.
Sto pięćdziesiąt sobotnich przyjęć.
Sto siedemdziesiąt siedem tysięcy złotych.
Tyle kosztowała praca, z której rodzina Piotra przez trzy lata korzystała całkowicie za darmo.
Anna wsunęła arkusz do czerwonej teczki, a teczkę schowała do torebki obok portfela.
Nadeszła kolejna sobota.
Rano Helena przywiozła torby ze sklepu i położyła paragony na parapecie. Jeszcze przed zdjęciem płaszcza zaczęła wydawać polecenia.
— Jedzenia musi być dużo. Mięso wybierz porządne. Nie próbuj oszczędzać, bo ludzie od razu to zauważą.
Anna wstała wcześniej niż zwykle. Na targu wybierała produkty wyjątkowo uważnie i kupowała rzeczy najwyższej jakości, niemal nie spoglądając na ceny.
Tego dnia suma nie miała znaczenia.
Chciała przygotować najlepszy stół, jaki kiedykolwiek pojawił się w tym mieszkaniu. Niech krewni najedzą się do syta. Niech zachwycą się potrawami. Niech przyjęcie będzie szczodre, bogate i bezbłędne.
A później Anna wyjmie z torebki swój dokument.
Pracowała bez chwili przerwy. Ugotowała galaretę, pokroiła składniki na sałatki, upiekła kurczaka i ciasto, przygotowała rybę w galarecie oraz kaczkę.
Jej dłonie wykonywały wszystkie czynności automatycznie, ale tym razem nie czuła ani rozdrażnienia, ani lęku.
Czuła spokój.
W porze obiadowej zaczęli przyjeżdżać krewni. Ci sami ludzie zajęli te same miejsca. Monika nie wypuszczała telefonu z ręki. Dzieci natychmiast chwyciły za widelce. Dalsza para ponownie zjawiła się bez zaproszenia, jak gdyby od dawna należała do najbliższego rodzinnego kręgu.
Stół uginał się od jedzenia.
Goście jedli, a Helena promieniała u jego szczytu. Osobiście dokładała wszystkim potraw, powtarzając:
— W naszym domu nie przyjmuje się ludzi byle jak. Albo człowiek daje z siebie wszystko, albo nie zaprasza gości.
Kiedy podano herbatę, Helena założyła okulary i sięgnęła do torebki po kartkę z kosztami zakupów. Zdążyła ją rozłożyć i już miała ogłosić, ile tym razem należy jej zwrócić.
— Chwileczkę, pani Heleno — przerwała Anna. — Ja również przygotowałam rachunek.
Wstała.
Rozmowy ucichły niemal w jednej sekundzie.
Helena uniosła brwi. Piotr zastygł z filiżanką przy ustach.
Anna otworzyła torebkę, wyjęła czerwoną teczkę, wysunęła z niej gruby arkusz papieru i położyła go na stole pomiędzy talerzami.
— Skoro w tej rodzinie liczymy pieniądze, proponuję, żebyśmy dzisiaj policzyli wszystko uczciwie.
Podniosła dokument i zaczęła czytać spokojnym, rzeczowym głosem, jakim w pracy odczytywała faktury i zestawienia.
— Zakup produktów oraz dostarczenie ich do mieszkania: sto dwadzieścia złotych. Osiem godzin pracy kucharza: sześćset czterdzieści złotych. Nakrycie stołu dla dziewięciu osób: sto pięćdziesiąt złotych. Sprzątanie kuchni i pokoju po zakończeniu przyjęcia: sto osiemdziesiąt złotych.
Goście zaczęli wymieniać spojrzenia.
Monika powoli odłożyła widelec. Dalsza krewna ostrożnie położyła łyżkę obok talerza. Jej mąż pochylił głowę nad telefonem, udając, że ekran całkowicie go pochłonął.
Nawet dzieci przestały hałasować. Wyczuły, że dzieje się coś, czego dorośli nie potrafią już obrócić w żart.
— Pozostała jeszcze jedna pozycja — ciągnęła Anna. — Zmiany i dodatkowa obróbka potraw zgodnie z indywidualnymi wymaganiami klienta. Uwagi takie jak „za słone”, „już zimne” albo „sos podaj osobno”: dziewięćdziesiąt złotych.
Na jej ustach pojawił się ledwie widoczny uśmiech.
Dalsza krewna odsunęła od siebie talerz z niedojedzoną galaretą. Monika odłożyła kawałek ciasta, który przed chwilą zamierzała wziąć. Jej mąż przestał przeżuwać.
Nad stołem, przy którym jeszcze kilka minut wcześniej dzwoniły kieliszki i stukały sztućce, zawisła ciężka cisza.
Każdy z obecnych nagle poczuł prawdziwy smak posiłków, które przez trzy lata otrzymywał za darmo.
— Łączny koszt jednego takiego obiadu wynosi tysiąc sto osiemdziesiąt złotych — powiedziała Anna. — To zwykła stawka rynkowa. Sprawdziłam ceny bardzo dokładnie.
Zamilkła na chwilę i spokojnie nabrała powietrza.
Twarz Heleny zaczęła czerwienieć.
— Co ma znaczyć ten idiotyczny teatr? — zażądała wyjaśnień.
— To nie teatr. To kosztorys. Przecież zawsze pani powtarzała, że pieniądze muszą się zgadzać.
Anna odwróciła arkusz na drugą stronę.
— A teraz rozliczenie za trzy lata. Sto pięćdziesiąt sobotnich obiadów. Razem sto siedemdziesiąt siedem tysięcy złotych. Tyle jest warta moja praca, z której wszyscy tutaj korzystali bez zapłaty.
Ktoś nerwowo odkaszlnął.
Mąż Moniki spuścił wzrok i zaczął przyglądać się wzorom na obrusie. Monika spróbowała się roześmiać, ale zabrzmiało to krótko i sztucznie.
— Naprawdę niepotrzebnie urządzasz taką scenę — powiedziała. — Siedzimy przy jednym stole jak rodzina. Bliscy ludzie nie wystawiają sobie rachunków.
— Oczywiście, że jesteśmy bliscy — odparła Anna. — Tylko przez trzy lata ci bliscy jedli, a za wszystko płaciłam wyłącznie ja.