Marek został w kuchni. Patrzył za żoną z coraz większą irytacją, jakby właśnie spotkała go wyjątkowa niesprawiedliwość. W głębi duszy doskonale wiedział, że wiele rodzinnych wyjazdów, większych zakupów czy nagłych wydatków udało się pokryć dzięki pomocy Heleny. Przyznanie tego oznaczałoby jednak, że argumenty Alicji mają sens, a na to nie był gotowy.
Jeszcze przez kilka minut mruczał coś pod nosem. Wreszcie z hałasem odsunął krzesło i również poszedł do sypialni.
Liczył, że żona spróbuje go udobruchać. Może powie kilka łagodnych słów, może zacznie tłumaczyć się jeszcze raz, a najlepiej przeprosi, tak jak nieraz robiła w przeszłości, byle tylko zakończyć kłótnię.
Alicja jednak milczała.
Nie robiła tego z dumy ani po to, żeby go ukarać. Po prostu nie czuła się winna. Postąpiła zgodnie z własnym sumieniem i nie zamierzała przepraszać za miłość do kobiety, która tyle razy była wsparciem dla niej, Marka i ich córki.
Następnego ranka wstała jak zwykle wcześniej, starając się nikogo nie obudzić. Umyła się, przygotowała śniadanie, pomogła Zosi ubrać się do przedszkola, a później pożegnała jeszcze zaspanym głosem Marka i wyszła z córką.
Przez cały dzień była zajęta, ale myślami wracała do zbliżającego się jubileuszu. Chciała, żeby wszystko się udało. Żeby mama dobrze się bawiła, żeby była otoczona bliskimi i choć przez jeden wieczór mogła naprawdę poczuć, ile dla wszystkich znaczy.
Wieczorem, kiedy Zosia już spała, Alicja otworzyła szafę i wyjęła ubrania przygotowane na następny dzień. Dla siebie wybrała delikatną sukienkę w pastelowym odcieniu, córce kupiła uroczy strój utrzymany w podobnej kolorystyce, a Markowi położyła na krześle szarą koszulę dobrze pasującą do jego spodni.
Wszystko razem wyglądało elegancko i spójnie.
Rano Marek dostrzegł przygotowane ubrania i prychnął.
— A co to za przedstawienie? Ja założę białą koszulę. Swoje pomysły stylistyczne zostaw komuś innemu.
— Jak chcesz — odpowiedziała Alicja.
Zabrzmiała spokojnie, choć jego ton zabolał ją bardziej, niż chciała pokazać.
Nie chodziło przecież o kolor koszuli. Mógł założyć nawet sweter, gdyby miał ochotę. Bolało ją to, że traktował wszystkie jej starania z pogardliwym dystansem, jakby zarówno ona, jak i ważny dla niej dzień byli czymś nieistotnym.
Restauracja, którą wybrała Helena, okazała się niezwykle przyjemnym miejscem. Jasne obrusy przykrywały stoły, zastawa była ustawiona z dużą starannością, w tle grała cicha muzyka, a zapach świeżych kwiatów mieszał się z aromatem potraw. Goście witali się serdecznie, ściskali, śmiali, opowiadali sobie, co wydarzyło się od ostatniego spotkania.
Helena wyglądała przepięknie. Promieniała tak mocno, że Alicja na moment zapomniała o przykrym wieczorze z Markiem.
On sam niemal natychmiast skierował się do stołu. Opadł ciężko na krzesło, rozsiadł się szeroko i przybrał minę pana domu, któremu brakowało już tylko kogoś, kto odebrałby od niego płaszcz i zapytał, czego sobie życzy.
Alicja, trzymając Zosię za rękę, podeszła do mamy. Duże pudełko podała jej ostrożnie, z lekkim wzruszeniem, ale bez robienia przedstawienia na oczach wszystkich.
— Dziękuję, córeczko — powiedziała Helena, mocno ją obejmując. — Otworzę wszystko trochę później, dobrze? Chcę zrobić to spokojnie i nacieszyć się każdą rzeczą.
Alicja uśmiechnęła się i skinęła głową.
Właśnie wtedy poczuła wibrację telefonu w torebce.
Spojrzała na ekran.
Krystyna.
„Tylko tego mi teraz brakowało” — pomyślała.
Mimo wszystko odebrała.
— Tak, pani Krystyno?
— Alicja, dzień dobry. Chciałam przekazać życzenia twojej mamie. Powiedz jej ode mnie dużo zdrowia. Ona wam przecież tak bardzo pomaga, prawda? Nie to co my z ojcem Marka. My, biedna rodzina, jesteśmy wam zupełnie niepotrzebni. Tobie przecież od ludzi potrzebne są tylko pieniądze.
Alicja zmarszczyła brwi.
— O czym pani mówi?
Odeszła od stołów, przeszła przez korytarz i dopiero w łazience mogła odpowiedzieć bez obawy, że rozmowę usłyszą goście.
— Skąd w ogóle pomysł z „biedną rodziną”? I dlaczego uważa pani, że jest nam niepotrzebna?
— Bo Mareczek wszystko mi opowiedział. Jak biegałaś za prezentami, jak się starałaś i szykowałaś swojej mamusi wielką uroczystość.
— Ja nie organizowałam tej uroczystości. Mama sama zarezerwowała restaurację. Przygotowałam tylko prezenty. Nadal nie rozumiem, do czego pani zmierza.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
— Do tego, moja droga, że jeśli zależy ci na utrzymaniu małżeństwa, powinnaś nauczyć się utrzymywać ze mną dobre stosunki. Wiesz przecież, że wystarczy jedno moje słowo i mogę bez większego problemu doprowadzić do tego, że ty i Marek się rozstaniecie.
W głosie Krystyny pobrzmiewała niemal zadowolona pewność siebie.
Alicja przez sekundę patrzyła w lustro.
I nagle coś w niej pękło.
Nie z hukiem. Nie dramatycznie. Raczej jak cienka nić, która była naprężona już tak długo, że wystarczył najmniejszy ruch.
— Naprawdę? — odpowiedziała chłodno. — W takim razie nie musi się pani trudzić. Sama się tym zajmę, skoro pani i pani ukochany Mareczek tak bardzo nie możecie znieść mojego sposobu życia. Jutro przyjedzie do pani ze swoimi rzeczami. Tym bardziej że mieszkanie, w którym teraz żyjemy, należy do mojej mamy.