„W piątek przywiozę swoje rzeczy. Zamieszkam u was na kilka miesięcy” — powiedział szwagier, wskazując wolny pokój, lecz wtedy Katarzyna po raz pierwszy przestała ratować rodzinę męża

Magdalena odstawiła kieliszek.

— Ale przecież oddałam ci pieniądze.

— Po kilku przypomnieniach. I od dawna nie chodzi wyłącznie o pieniądze.

— To o co?

— O to, że bez przerwy korzystacie z mojej pomocy, a jednocześnie nie uważacie za konieczne traktować mnie z podstawowym szacunkiem.

Halina podniosła głos.

— Przecież nie prosiłyśmy cię o pieniądze na przyjemności! Wszystko było dla rodziny.

Katarzyna spokojnie wytrzymała jej spojrzenie.

— Pomaganie rodzinie ma sens wtedy, gdy samemu jest się przez tę rodzinę uznawanym za jej część. Nie można przez lata nazywać kogoś obcym, a równocześnie rozporządzać jego pieniędzmi, czasem i własnością.

— Wszystko sobie zapisałaś, wszystko pamiętasz — syknęła Halina. — Przyzwoici ludzie nie prowadzą rachunków własnego dobra.

— Przyzwoici ludzie przynajmniej dziękują. I na pewno nie wprowadzają krewnego do cudzego domu bez zgody właścicielki.

Piotr pochylił się do przodu.

— Nie prosiłem przecież, żebyś kupowała mi mieszkanie. Pomieszkałbym kilka miesięcy i wyprowadził się.

— Nie zapytałeś mnie.

— Bo nie pomyślałem, że odmówisz.

— Właśnie dlatego odmawiam.

— Marek, ty w ogóle tego słuchasz? Powiedz jej, że przesadza — zażądała Magdalena.

Wszyscy spojrzeli na Marka. Od lat rodzina traktowała go jak gospodarza tylko dlatego, że był mężczyzną i należał do niej, choć dom formalnie należał do jego żony.

Marek długo się nie odzywał.

Przed nim leżała teczka z dokumentami. Wokół stały potrawy, które Katarzyna przygotowywała od rana. Przy drzwiach znajdowała się torba przyniesiona przez Halinę — jedno pudełko ciastek dla sześciu osób.

Przypomniał sobie leczenie matki. Pieniądze na samochód siostry. Wszystkie przyjęcia organizowane przez żonę. Pamiętał, jak po jednej z uroczystości Katarzyna do późnej nocy szorowała kuchnię, a on prosił ją, żeby nie zwracała uwagi na słowa matki.

Wydawało mu się wtedy, że chroni rodzinę przed awanturą.

Teraz zrozumiał, że spokój istniał wyłącznie dlatego, że Katarzyna za każdym razem ustępowała.

— Mamo, Katarzyna ma rację — powiedział w końcu.

Halina gwałtownie odwróciła głowę.

— Co powiedziałeś?

— Piotr tutaj nie zamieszka.

— Odmawiasz pomocy własnemu bratu?

— Nie mam prawa rozporządzać domem, który do mnie nie należy. Tym bardziej nie będę namawiał żony po tym, jak wszyscy podjęliście decyzję bez niej.

Magdalena prychnęła z niedowierzaniem.

— Szybko zmieniłeś stronę.

— Nie. Po prostu zbyt długo nie dostrzegałem tego, co było oczywiste.

Marek spojrzał na matkę.

— Przez lata nazywałaś Katarzynę obcą. Za każdym razem prosiłem ją, żeby to zignorowała, bo łatwiej było uspokajać żonę niż postawić ci granicę.

Halina poczerwieniała.

— Mówiłam tylko prawdę.

— W takim razie teraz Katarzyna również mówi prawdę.

— Czyli od tej pory w ogóle nie jesteśmy wam potrzebni?

— Nie zmieniaj sensu moich słów. Jesteście moją rodziną. Ale to nie daje wam prawa wykorzystywać mojej żony.

Teściowa odchyliła się, jakby słowa syna fizycznie ją odepchnęły.

— Wykorzystywać? Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłam?

— Wychowałaś mnie i jestem ci za to wdzięczny. Katarzyna jednak nie ma nic wspólnego z moim dzieciństwem i nie jest ci nic winna z tego powodu.

Piotr podniósł się z krzesła.

— Dobrze. Znajdę sobie inne miejsce.

— Tak właśnie powinieneś był zrobić od początku — odpowiedziała Katarzyna.

— Mogłaś po prostu powiedzieć, zamiast wyciągać dokumenty i urządzać nam wykład.

— Powiedziałam. Dokumenty były potrzebne, bo zaczęliście mówić o moim domu tak, jakby był wspólną własnością całej rodziny.

Piotr sięgnął po telefon.

— Chodźmy, mamo.

Halina nadal siedziała przy stole.

— Chcę wiedzieć, co teraz będzie.

— Co masz na myśli? — zapytała Katarzyna.

— Powiedziałaś, żebyśmy nie liczyli na pieniądze i dom. To groźba?

— Nie. To nowe zasady.

Katarzyna schowała dokumenty do teczki.

— Od jutra nie opłacam niczyich rachunków, nie pożyczam pieniędzy i nie organizuję sama wszystkich rodzinnych spotkań. Będziemy spotykać się na zmianę. Kto zaprasza, ten robi zakupy, gotuje i sprząta po gościach.

Magdalena od razu zaprotestowała:

— Mam małe mieszkanie.

— W takim razie zapraszaj mniej osób.

— Piotr wynajmuje tylko pokój.

— Możecie spotkać się w restauracji i każdy zapłaci za siebie.

— Mamie trudno gotować dla tylu osób.

— Mnie też było trudno. Tylko do dziś nikogo to nie obchodziło.

Halina wstała. Jej ruchy stały się gwałtowne i nerwowe. Zapięła torebkę, sprawdziła telefon i poprawiła rękawy.

— Po takiej rozmowie nie jestem w stanie nic jeść.

— Już zjadłaś — zauważyła Katarzyna.

Marek lekko pokręcił głową, ale nie odezwał się. Nawet on miał dość tego, że matka zamienia każdą nieprzyjemną rozmowę w dowód własnej krzywdy.

Halina ruszyła do wyjścia.

Piotr poszedł za nią. Magdalena zatrzymała się przy stole.

— Rozumiesz, że teraz wszystko będzie zupełnie inaczej?

— Na to właśnie liczę.

— Mama nigdy ci tego nie wybaczy.

— Nie musi zapominać. Wystarczy, że przestanie urządzać moje życie.

Magdalena zabrała torebkę i wyszła.

Po kilku minutach samochody zniknęły za bramą, a na podwórzu znów zrobiło się cicho.