— Opowiedziałem mu o wyjeździe. Zapytał, czy może zapłacić za coś, co sprawi Zosi radość.
— Jak w ogóle zorganizował te rzeczy?
— Dałem mu kontakt do obsługi hotelowej. Powiedziałem, czego Zosia chciałaby spróbować. Resztę ustalił bezpośrednio z nimi i sam opłacił.
Patrzyłam na niego, nie wierząc, że naprawdę to słyszę.
— Wpuściłeś obcego człowieka do ostatniej podróży naszej córki i nie powiedziałeś mi ani słowa.
— Nie wiedziałem, czy można mu zaufać.
— Skoro nie wiedziałeś, to dlaczego pozwoliłeś mu przyjechać?
Marek popatrzył w stronę hotelu.
— Chciał być tutaj od początku.
— Dlaczego?
Długo nie odpowiadał.
— Bo Zosi może zostać bardzo mało czasu.
Te słowa uciszyły mnie skuteczniej niż wszystko inne.
Marek mówił dalej ostrożnie:
— Stanisław chciał przyjechać już pierwszego dnia. Nie zgodziłem się. Powiedziałem mu, że wyłącznie ty możesz zdecydować, czy kiedykolwiek spotka Zosię.
— Ale teraz stoi tam, kilkanaście metrów od niej.
— Wczoraj wieczorem zadzwonił ponownie. Powiedział, że nie zniesie świadomości, że stracił ostatnią szansę, nawet nie próbując poprosić cię osobiście.
— Czyli mimo wszystko zdecydowałeś za mnie.
— Tak. Wiem.
— Nie miałeś prawa.
— Wiem.
— To dlaczego to zrobiłeś?
Marek spojrzał na mnie. W oczach miał łzy.
— Bo ciągle myślałem, że wszyscy czekamy na jakiś właściwy moment. Na chwilę, w której wszystko będzie łatwiejsze. A potem dotarło do mnie, że następnej chwili może nie być. Pozwoliłem mu tylko przyjechać do hotelu. Niczego mu nie obiecałem. Żadnego spotkania. Żadnego przedstawienia go Zosi. Niczego bez twojej i jej zgody.
— Powinieneś był powiedzieć mi o tym, zanim wsiadł do samolotu.
— Tak.
Spojrzałam ponownie na taras.
Stanisław nadal stał przy stoliku. Nie ruszył w naszą stronę nawet o krok.
— Jestem na ciebie wściekła.
Marek skinął głową.
— Masz prawo.
— To, że go odnalazłeś, mogło wynikać z miłości do Zosi. Ale sprowadzenie go tutaj bez mojej wiedzy było przekroczeniem granicy.
— Masz rację.
— Naprawdę nie wiem, jak mam ci to wybaczyć.
— Rozumiem.
Zanim zdążyłam powiedzieć coś jeszcze, usłyszeliśmy za plecami słaby, ale bardzo znajomy głos.
— Dlaczego wszyscy stoicie tutaj i szepczecie?
Zosia siedziała na wózku przy wejściu do hotelu.
Miała na sobie piżamę.
Obok niej stał pracownik hotelu, a chwilę później z budynku wyszła Joanna.
Marek natychmiast podbiegł do córki.
— Powinnaś leżeć.
— Obudziłam się i nikogo nie było.
Joanna wyjaśniła:
— Kiedy Zosia się obudziła, zadzwoniła do recepcji. Wysłaliśmy pracownika, żeby pomógł jej zejść.
Spojrzałam na Stanisława.
Wciąż czekał.
Nie byłam gotowa wybaczyć Markowi.
Nie byłam nawet gotowa spokojnie pomyśleć o tym, co zrobił.
Ale w tej chwili zrozumiałam coś ważnego.
Decyzja nie dotyczyła już tylko mnie i mojego męża.
To Zosia miała zdecydować.
Wróciliśmy do pokoju i usiedliśmy razem na łóżku.
Wyjęłam z koperty starą fotografię, którą Marek tam włożył.
— Na dole jest tata Pawła — powiedziałam. — Twój biologiczny dziadek. Ma na imię Stanisław.
Zosia długo przyglądała się zdjęciu.
Stanisław stał na nim obok dziesięcioletniego Pawła.
Córka przesunęła palcem po twarzy ojca.
— Ma takie oczy jak ja.
— Tak.
— Dziadek chce mnie poznać?
— Bardzo.
Podniosła wzrok.
— A ty chcesz, żebym go poznała?
To pytanie zabolało.
Mimo wszystko zmusiłam się do szczerości.
— Chcę, żebyś sama zdecydowała.
Zosia spojrzała na Marka.
— To ty go tutaj sprowadziłeś?
Marek przytaknął.
— Powinienem był powiedzieć o wszystkim mamie od początku.
Milczała przez chwilę.
— Jest dobrym człowiekiem?
— Wydaje mi się, że tak — odpowiedział Marek. — Ale nie musisz z nim rozmawiać tylko dlatego, że przyjechał. Niczego mu nie jesteś winna.
Zosia jeszcze raz popatrzyła na zdjęcie.
— Chcę go zobaczyć.
Stanisław wszedł do pokoju bez ogromnego bukietu, drogich prezentów i przygotowanej wcześniej przemowy.
Miał ze sobą tylko niewielką drewnianą pozytywkę.
Podał ją Zosi.
Kiedy otworzyła wieczko, rozległa się cicha, prosta melodia.
— Należała do twojego taty — powiedział.
Zosia słuchała przez chwilę.
— Jaki był, kiedy miał tyle lat co ja?
Twarz Stanisława drgnęła. Uśmiechnął się przez łzy.
— Uwielbiał naleśniki. Nie cierpiał wiązać sznurowadeł. A pewnego dnia uznał, że żaba znaleziona nad stawem powinna zamieszkać w naszej łazience.
Zosia roześmiała się.
— Naprawdę?
— Naprawdę.
— I co się stało?
— Twoja babcia weszła do łazienki i wrzasnęła tak głośno, że chyba słyszeli ją wszyscy sąsiedzi. Żaba uciekła. Szukaliśmy jej pół dnia, aż w końcu znaleźliśmy ją w koszu z praniem.
Zosia śmiała się tak mocno, że musiała na chwilę zamknąć oczy.
Ta jedna zwyczajna historia o Pawle znaczyła dla niej więcej niż najbardziej wzruszająca przemowa.
Stanisław zaproponował, że zapłaci za zmianę naszych biletów i dodatkową noc w hotelu.
Moim pierwszym odruchem było odmówić.
Nie dlatego, że nie potrzebowaliśmy pomocy.
Po prostu nie chciałam czuć, że cokolwiek mu zawdzięczam.
Wtedy Zosia zapytała:
— Mamo, moglibyśmy jeszcze raz pojechać nad wodę?
Zadzwoniłam do doktor Nowak.