„Znowu siedzisz z nosem w tych swoich książkach, zamiast powitać męża gorącą kolacją?” — powiedział Piotr, a jego słowa w jednej chwili wypełniły całe mieszkanie i zapowiedziały wieczór, po którym nic już nie miało wyglądać tak jak dawniej

— Znowu tkwisz w tej swojej makulaturze? Zamiast normalnie przywitać męża po pracy i podać mu ciepłą kolację? — zirytowany głos Piotra poniósł się od przedpokoju aż po wszystkie kąty mieszkania.

Ciężkie zimowe buty, oblepione kawałkami brudnego, topniejącego śniegu, głucho uderzyły o jasne panele. Mężczyzna odstawił je daleko od gumowej wycieraczki leżącej przy drzwiach. Chwilę później do środka weszła jego matka, Krystyna. Była masywną kobietą, szczelnie owiniętą w obszerną bordową puchową kurtkę. Niezadowolonym wzrokiem omiotła pusty korytarz i głośno wciągnęła powietrze.

— Piotrusiu, czego się spodziewałeś? Dla niej te bazgroły zawsze będą ważniejsze od wszystkiego — mruknęła z pretensją, nawet nie próbując otrzepać śniegu z kozaków. — Ile razy ci mówiłam, że z tego jej pisania nic dobrego nie wyniknie? Normalna żona czeka na męża z gorącym barszczem, przynosi mu kapcie, dba o dom. A tutaj własnych bliskich nie raczy nawet światłem w przedpokoju powitać.

Marta spokojnie przewróciła grubą kartkę historycznej powieści. Papier pachniał jeszcze świeżą farbą drukarską. Kobieta siedziała na szerokim narożniku, z nogami podciągniętymi pod siebie i stopami odzianymi w szare wełniane skarpetki. Nie zamierzała udawać zachwytu na widok ukochanego męża, który wrócił do domu w towarzystwie wiecznie niezadowolonej matki.

Tymczasem od drzwi wejściowych aż w stronę salonu ciągnęły się coraz wyraźniejsze mokre ślady. Brud, piasek i ostry środek używany do posypywania ulic mieszały się na podłodze w ciemną, lepką smugę.

— Czterdzieści minut temu umyłam podłogę w przedpokoju, Piotrze — powiedziała Marta bez podnoszenia wzroku znad książki. — Buty zostawia się na wycieraczce. Kolacja stoi na kuchence. Jeśli ręce nadal ci działają, możesz sam nałożyć sobie jedzenie.

Piotr z rozmachem rzucił ciężką torbę służbową na miękki puf, zdjął kurtkę i niedbale cisnął ją na wierzch. Udawał, że nie usłyszał ani słowa. Nadal w butach wszedł do salonu. Pod podeszwami chlupotało błoto, a na jasnych panelach zostawały szerokie, czarne smugi.

Zatrzymał się przy kanapie i skrzyżował ręce na piersi.

— Czyli ja od rana do wieczora haruję, wracam do domu głodny i wykończony, a potem jeszcze mam sam sobie nakładać jedzenie? — syknął, a jego twarz z każdą chwilą coraz bardziej czerwieniała. — A ty co robiłaś przez cały dzień? Jak zwykle leżałaś na kanapie i gapiłaś się w te swoje idiotyczne książki? Czy ty w ogóle rozumiesz, że kobieta ma w domu obowiązki? Czy może wydaje ci się, że wyszłaś za mąż i trafiłaś do kurortu, w którym wszyscy mają ci usługiwać?

Krystyna wreszcie uporała się z kozakami i ciężkim krokiem weszła do pokoju. Rozejrzała się po salonie z miną inspektora przeprowadzającego kontrolę sanitarną. Potem podeszła do szafki pod telewizorem, przesunęła po szklanej powierzchni suchym, pomarszczonym palcem i wymownie pokręciła głową.

— Wszędzie kurz, Piotrusiu. Oddychać się nie da. Naprawdę nie wiem, jak można żyć w takim chlewie — oznajmiła, wycierając palec o brzeg wełnianej bluzki. — Ona ma w głowie tylko te romanse. Całkiem oderwała się od rzeczywistości. Żona powinna stworzyć mężowi prawdziwy dom: wszystko ma lśnić, każda drobinka kurzu powinna być usunięta. A ona siedzi, marzy nie wiadomo o czym i marnuje czas na te swoje bezwartościowe zainteresowania.

— Właśnie! Dokładnie to jej powtarzam! — Piotr gwałtownie odwrócił się do matki, jakby otrzymał potrzebne wsparcie, po czym znów ciężko spojrzał na żonę. — Popatrz na nią tylko! Rozsiadła się jak królowa na tronie! Ja przynoszę pieniądze, zapewniam jej mieszkanie, a ona nie chce nawet kiwnąć palcem dla własnego męża! Nie wstyd ci przed moją matką? Od tych książek zupełnie ci się w głowie poprzewracało! Normalne kobiety po pracy zajmują się domem, sprzątają i troszczą się o męża. Ty tylko przewracasz kartki i wymądrzasz się bez końca!

Marta dopiero wtedy podniosła głowę. Włożyła między strony grubą kartonową zakładkę i położyła ciężki tom na kolanach. Najpierw spojrzała na brudne ślady przecinające cały jasny korytarz, potem na kurtkę Piotra rzuconą przy drzwiach. Następnie przeniosła wzrok na niezadowoloną twarz Krystyny, a na samym końcu popatrzyła na męża.

— Zarabiasz dokładnie tyle samo co ja. Za jedzenie, rachunki i paliwo płacimy po połowie — powiedziała spokojnie, bez cienia uśmiechu. — Dzisiaj wróciłam do domu dwie godziny wcześniej. Posprzątałam całe mieszkanie i ugotowałam kolację. Stoi na kuchence. Po tym wszystkim chciałam tylko przez godzinę poczytać. Zamiast tego wpadasz tutaj z matką, przechodzisz w brudnych butach po świeżo umytej podłodze i żądasz, żebym biegała wokół ciebie z talerzami.

— Uważaj, jak się do mnie odzywasz! — wrzasnął Piotr, robiąc gwałtowny krok w jej stronę. — Twoja praca w ogóle się nie liczy! Siedzisz w biurze i przez cały dzień przekładasz papiery! To ja naprawdę pracuję! Skoro mówię, żebyś wstała i nakryła do stołu, to wstajesz i to robisz! I zaparzysz herbatę mojej matce! Przyjechała specjalnie zobaczyć, jak prowadzisz gospodarstwo. A po tym, co widzę, robisz to beznadziejnie!