Usiadłyśmy przy małym stoliku obok okna. Katarzyna długo milczała, nerwowo skubiąc brzeg serwetki.
— On się wścieka — powiedziała wreszcie. — Mówi, że wszystko zepsułaś.
Słuchałam spokojnie.
— Ale ja… — urwała. — Myślę, że dobrze zrobiłaś.
Popatrzyłam na nią uważnie.
— Dlaczego?
Lekko wzruszyła ramionami.
— Bo ja bym tak nie potrafiła.
W jej głosie nie było zazdrości. Było tylko zmęczenie.
Porozmawiałyśmy jeszcze chwilę. Bez zbędnych szczegółów, bez skarg i wielkich wyznań. Po prostu dwie kobiety, które na różne sposoby nauczyły się żyć obok tego samego człowieka.
Kiedy wyszła, zamknęłam drzwi i zgasiłam światło.
Na zewnątrz było cicho. Wieczorne powietrze wydawało się chłodne, ale nie zimne. Wciągnęłam je głębiej niż zwykle.
Po raz pierwszy od wielu lat nie musiałam udawać, że wszystko jest w porządku.
Następnego ranka po rozmowie z Katarzyną obudziłam się przed budzikiem. W mieszkaniu panowała cisza, Marek jeszcze spał. Leżałam, patrzyłam w sufit i pierwszy raz od dawna nie układałam w głowie wczorajszych zdań, nie szukałam usprawiedliwień dla cudzej grubiańskości, nie próbowałam tłumaczyć czegoś, co i bez wyjaśnień było oczywiste. W środku było spokojnie.
Wstałam, cicho przeszłam do kuchni i włączyłam czajnik. Proste, codzienne czynności nagle wydawały się inne — jakby życie znów wróciło do swoich normalnych granic, w których nie było hałasu narzuconego przez obcego człowieka.
Po kilku minutach w drzwiach pojawił się Marek.
— Wcześnie wstałaś — powiedział.
— Mam sprawy.
Skinął głową, ale nie odszedł. Usiadł przy stole i przeczesał włosy dłonią.
— Wczoraj myślałem o tym, co powiedziałaś.
Milczałam.
— Ja naprawdę nie widziałem… albo może nie chciałem widzieć — ciągnął. — Wydawało mi się, że to nie jest aż tak ważne.
Postawiłam przed nim filiżankę.
— Dla ciebie może nie. Dla mnie tak.
Podniósł na mnie wzrok.
— Rozumiem.
Tym razem jego „rozumiem” zabrzmiało inaczej. Bez próby wygładzenia wszystkiego, bez chęci odsunięcia rozmowy na bok.
— Nie wymagam, żebyś przestał się z nim kontaktować — powiedziałam. — To twoje życie. Ale ja nie będę już częścią tego kręgu.
Marek powoli skinął głową.
— A jeśli on przeprosi?
Zastanowiłam się przez moment.
— Wtedy będzie to pierwszy raz od siedmiu lat. Ale nic od razu się nie zmieni.
Nie próbował się spierać.
Tego dnia pojechałam do cukierni z poczuciem, że coś wreszcie drgnęło. Nie w stronę dawnego pojednania — w stronę uczciwości.
Minęło jeszcze kilka dni. Praca szła spokojnie, bez nagłych spięć. Nowa agencja wysyłała projekty, omawialiśmy szczegóły, wprowadzaliśmy zmiany. Wszystko posuwało się do przodu bez tego dawnego napięcia.
W piątek wieczorem, kiedy już szykowałam się do zamknięcia kasy, drzwi znowu się otworzyły. Podniosłam głowę — na progu stał Tomasz.
Wyglądał inaczej niż zwykle. Nie tak jak na swoich urodzinach ani przy naszym stole. Nie było w nim dawnej pewności siebie, tej lekkości, za którą zazwyczaj chował grubiaństwo. Stał, jakby sam do końca nie rozumiał, po co przyszedł.
Nie zaprosiłam go do środka. Po prostu czekałam.
— Możemy porozmawiać? — zapytał.
— Mów.
Rozejrzał się po lokalu, jakby szukał wsparcia choćby w ścianach, ale tutaj go nie było.
— Nie myślałem, że dla ciebie to aż tak poważne — zaczął.
Milczałam.
— No… przecież to były żarty — wzruszył ramionami. — My zawsze tak rozmawialiśmy.
— Nie — powiedziałam spokojnie. — Tak rozmawiałeś ty. A ja znosiłam.
Skrzywił się.
— Dobrze. Może czasem przesadzałem.
Nie odpowiedziałam.
Zrobił krok bliżej.
— Słuchaj, nie komplikujmy wszystkiego. Przywróć umowę i zamknijmy temat. Ja… będę ostrożniejszy.
Spojrzałam na niego uważnie.
— Naprawdę uważasz, że to da się załatwić tak prosto?
— A jak inaczej? — w jego głosie na sekundę znów błysnęło rozdrażnienie. — Przecież wiesz, to biznes. Pieniądze, praca…
— Nie, Tomasz — przerwałam mu. — To nie jest tylko o pieniądzach.
Zamilkł.
— Przez siedem lat pozwalałeś sobie mnie upokarzać — mówiłam dalej. — Przy gościach, przy moim mężu, przy swojej żonie. I ani razu nie przyszło ci do głowy, że pora przestać.
— Ja cię nie upokarzałem — powiedział ostro. — To ty tak to odbierasz.
Pokręciłam głową.
— I właśnie dlatego nic się nie zmieni.
Zacisnął usta.
— Czyli koniec? Tak po prostu?
— Nie tak po prostu. Tylko dlatego, że wreszcie wybrałam siebie.
Te słowa zawisły między nami.
Stał jeszcze kilka sekund, potem odwrócił wzrok.
— Wiesz — powiedział ciszej — zawsze myślałem, że ty jesteś… łagodna.
— Pomyliłeś się.
Skinął głową, jakby dopiero teraz naprawdę to do niego dotarło.
— Rozumiem.
Wyszedł, nawet się nie żegnając.
Zamknęłam drzwi i zgasiłam światło.
Tym razem nie było we mnie ani wątpliwości, ani chęci cofnięcia czegokolwiek. Tylko jasność.
Wieczorem w domu czekał na mnie Marek.
— Był u mnie — powiedział.
Zdjęłam płaszcz.
— I?
— Powiedział, że go wyrzuciłaś.
— Nie zatrzymywałam go.
Marek westchnął.
— Jest wściekły. Ale… chyba zaczyna coś rozumieć.
Spojrzałam na niego.
— A ty?
Podszedł bliżej.
— Ja też.
Staliśmy naprzeciw siebie i między nami nie było już tamtego starego napięcia.