Po drugiej stronie zapadła długa cisza.
— Zabiję go — powiedziała w końcu Beata. — Jeszcze dzisiaj. Wezmę wałek i przyjadę.
— Wałek zostaw w domu.
— To powiedz, czego potrzebujesz.
Hanna spojrzała na zegar. Od ponad roku spóźniał się o czterdzieści minut, ale nigdy nie miała czasu wymienić baterii. Zresztą w ich mieszkaniu czas i tak od dawna płynął według własnych zasad.
— Nie wiem — odpowiedziała. — Naprawdę nie wiem.
— Powiesz Helenie?
— Nie.
— Dlaczego?
— Nie uwierzy mi. Powie, że wszystko sobie wymyśliłam.
— To przynajmniej porozmawiaj z Markiem.
— I co usłyszę? Że sama jestem sobie winna? Że wiecznie jestem niezadowolona? Że jego matka jest chora, a ja wybrałam najgorszy moment na pretensje?
— Dokładnie to powie.
— Widzisz? Słyszałam już takie rzeczy wiele razy. Tylko powody się zmieniały.
Beata ciężko westchnęła.
— Czego właściwie chcesz?
— Żeby później nikt nie mógł powiedzieć, że źle zrozumiałam albo że wszystko sobie dopowiedziałam.
Własne słowa zaskoczyły Hannę. Wypowiedziała je spokojnie, bez drżenia, jak ktoś składający wcześniej przygotowane zeznanie.
— Hanka, zaczynam się ciebie bać.
— Ja siebie też.
Po rozmowie długo stała przy oknie. Na podwórzu szczekał pies. Ktoś uruchomił samochód i białe spaliny unosiły się w świetle latarni. Dozorca Janusz odgarniał śnieg z chodnika, przesuwając łopatę z rytmem przypominającym odmierzanie sekund.
Po raz pierwszy od dwudziestu lat małżeństwa Hanna nie chciała z nikim rozmawiać.
Musiała pomyśleć sama.
— Mamo, dlaczego siedzisz po ciemku? — zapytała Ola, zatrzymując się w drzwiach.
— Patrzę.
— Na co?
— Na podwórko.
Dziewczynka przez chwilę stała niezdecydowana, a potem powiedziała:
— Mamo, muszę ci coś wyznać.
Hanna odwróciła się.
Ola patrzyła na swój kapcie, z którego odpadł puszysty pompon.
— W grudniu widziałam tatę w centrum handlowym. Był z jakąś kobietą. Siedzieli w kawiarni. Głaskał ją po ręce.
W pokoju zrobiło się zupełnie cicho. Z kuchni dochodziło tylko regularne kapanie wody.
— Dlaczego nie powiedziałaś mi wcześniej?
— Bałam się. Pomyślałam, że będzie ci przykro. A potem uznałam, że może źle zobaczyłam.
— Nie, skarbie. Zobaczyłaś wszystko dokładnie.
— Mamo…
Ola podeszła i mocno ją objęła, tak jak nie robiła od kilku lat. Hanna położyła dłoń na jej głowie i poczuła, że córka drży.
— To nie twoja wina — powiedziała cicho. — Słyszysz? W żadnym stopniu.
— Tylko proszę, nie odchodź.
— Dokąd miałabym odejść? To moje mieszkanie.
Ola pociągnęła nosem, a po chwili roześmiała się przez łzy.
Mieszkanie odziedziczyła Hanna po babci, dwa lata przed ślubem. Kiedy Marek pierwszy raz przekroczył próg tego domu, miał przy sobie jedną torbę podróżną i gitarę, na której przez wszystkie późniejsze lata ani razu nie zagrał.
Hanna doskonale pamiętała, do kogo należało mieszkanie. I wiedziała, że Marek mógł o tym zapomnieć.
W niedzielę pojechali do Heleny.
Teściowa mieszkała w starej, pięciopiętrowej kamienicy po drugiej stronie miasta. Jej mieszkanie znajdowało się na parterze. Na ścianach wisiały dywany, a na telewizorze stał ciężki kryształowy wazon. W powietrzu pachniało duszoną kapustą i liściem laurowym, jakby Helena stworzyła rodzinne menu jeszcze w latach osiemdziesiątych i od tamtej pory nie widziała powodu, żeby coś zmieniać.
— Znowu się spóźniliście — oznajmiła zamiast powitania.
— Mamo, były korki — tłumaczył się Marek.
— Zawsze są korki. Kiedyś ludzie umieli normalnie jeździć.
— Dzień dobry, pani Heleno — powiedziała Hanna.
— Witaj, kochanie. Wejdźcie, tylko zdejmijcie buty. Wczoraj myłam podłogi.
Na stole czekały już galaretka mięsna, sałatka jarzynowa, ziemniaki w mundurkach, śledzie pod pierzynką i duży placek z kapustą.
Marek wyciągnął rękę po kawałek ciasta.
— Ręce myłeś? — spytała Helena.
— Oczywiście.
— Nie kłam. W łazience nie słyszałam wody.
Marek westchnął i poszedł umyć ręce.
Hanna usiadła na swoim zwykłym miejscu przy brzegu kanapy, gdzie sprężyna zawsze wbijała się w udo.
— Jesteś jakaś blada — zauważyła Helena, nalewając barszcz. — Nie rozchorowałaś się?
— Nie, wszystko w porządku.
— Wyglądasz jak zwiędnięty grzyb. Marek, popatrz, żona marnieje ci na oczach.
— Mamo, przestań.
— Prawdę mówię. W twoim wieku pracowałam, prowadziłam dom i umiałam przyjąć męża. A dzisiejsze kobiety? Nakarmią, a potem każdy siedzi przed telewizorem.
Hanna jadła w milczeniu.
— A właśnie — powiedziała Helena, wycierając usta serwetką. — Dzwoniła do mnie niedawno Maria Sawicka. Pamiętasz ją? Jej córka Natalia przyjechała do naszego miasta i pracuje w waszej firmie, Marku. Spotkałeś ją?
Widelec w dłoni Marka drgnął.
— Tak — odpowiedział. — Jest w innym dziale.
— Zaproś ją na moje urodziny. Dziewczyna jest tu sama.
— Mamo, będzie przecież czterdzieści osób.
— I co z tego? Obiecałam jej matce, że się nią zajmę.
Hanna odłożyła łyżkę.
— Jak dokładnie nazywa się ta dziewczyna?
— Sawicka. Natalia Sawicka. Ślicznie wyrosła. Już dawno myślałam, że dobrze by było, gdyby nasz Mareczek ożenił się z taką dziewczyną.
Przy stole zapadła cisza.
Marek poczerwieniał i zaczął bez sensu przesuwać ziemniaki widelcem.