Żona znalazła na starym tablecie córki wiadomości o romansie męża, lecz zamiast urządzić awanturę przygotowała rodzinny jubileusz i zaprosiła kobietę, której pojawienie się przy świątecznym stole miało zmienić życie wszystkich

— Nic złego. W sobotę moja teściowa, Helena, obchodzi sześćdziesiąte piąte urodziny. Wspominała panią i poprosiła, żebym panią zaprosiła. Mówiła, że zna panią od dziecka.

Natalia długo milczała.

— Helena sama chciała, żebym przyszła?

— Tak. Wspominała nawet o dziewczynce z dwoma warkoczykami.

— Nie wiem, co powiedzieć. Może to będzie niezręczne?

— Będziemy czekać.

— A Marek wie?

— Sama mu powiem.

Natalia wydała z siebie nerwowy śmiech.

— W takim razie dziękuję. Przyjdę. Przynieść coś?

— Nie trzeba. Wystarczy, że pani przyjdzie.

Po zakończeniu rozmowy Hanna przez chwilę opierała się ramieniem o ścianę. Minęła ją księgowa Katarzyna i spytała, czy wszystko w porządku.

— Trochę boli mnie głowa — odpowiedziała Hanna.

W rzeczywistości jej umysł był przerażająco klarowny.

W piątek wieczorem zaczęła piec. Z piekarnika wydobywał się zapach rosołu, cebuli i masła. Przypominał jej dzieciństwo.

— Mamo, naprawdę zaprosiłaś tę kobietę? — spytała Ola.

— Tak.

— Tata wie?

— Niedługo się dowie.

— A jeśli bardzo się zdenerwuje?

— To się zdenerwuje.

— Jeśli babcia Helena zacznie krzyczeć?

— Prawdopodobnie zacznie.

— Ty się nie boisz?

Hanna wytarła dłonie w stary fartuch.

— Boję się, kochanie. Ale jeszcze bardziej boję się życia wśród ludzi, którzy udają, że nic się nie dzieje. Człowiek zaczyna wtedy wątpić we własny rozsądek.

— Chcesz zrobić awanturę?

— Nie. Chcę, żeby wszyscy poznali prawdę w tym samym czasie. Przy świadkach. Żeby potem nikt nie opowiadał wszystkiego po swojemu.

— Jak na rozprawie.

— Trochę tak.

Ola pomyślała chwilę.

— Wyjdę do gości. Tylko usiądę obok ciebie.

Hanna odwróciła się do piekarnika, bo oczy nagle wypełniły jej się łzami.

Ciasto wyszło piękne. Złota skórka lekko pękła na środku, a wierzch zdobiła mała gwiazda wycięta nożem.

Marek wrócił około dziesiątej. Hanna siedziała w fotelu przy oknie.

— Jeszcze nie śpisz?

— Nie.

— Jutro będzie trudny dzień. Mama pewnie przyjedzie z samego rana. Ciasto gotowe?

— Nawet dwa.

— Moja zdolna żona.

Po chwili zmarszczył brwi.

— Słuchaj, Hanka… Dzwoniłaś wczoraj do mnie do pracy?

— Nie.

— Sekretarka mówiła, że jakaś kobieta pytała o Natalię Sawicką.

— Nie mam pojęcia, kto to był.

Po raz pierwszy w życiu Hanna skłamała mu tak łatwo. Nie musiała nawet odwracać wzroku.

— Ostatnio dzieją się wokół nas same dziwne rzeczy — mruknął.

— Idź spać.

— Jesteś na mnie zła?

— Nie.

— Na pewno?

— Marek, jutro przyjdą goście.

Położył się. Długo przewracał się z boku na bok, aż w końcu zasnął.

Hanna słuchała jego oddechu. Kiedyś ten dźwięk wydawał jej się najbezpieczniejszy na świecie. Teraz budził tylko wspomnienia.

W sobotę od rana mieszkanie pachniało ciastem i mandarynkami. Hanna wstała o szóstej i nakryła stół dla piętnastu osób. Wyjęła białą serwetę z haftowanymi chabrami, którą zrobiła w roku narodzin Oli, kryształ po babci i stary samowar przywieziony przez Beatę.

Solniczkę postawiła na środku.

Po chwili przesunęła ją w prawo.

Potem w lewo.

— Znowu zajmujesz się tą solniczką? — zapytała Beata, która przyjechała pierwsza z mężem Piotrem i dwiema wielkimi słoikami ogórków.

— Natalia ma być o trzeciej.

— A Marek nadal niczego nie wie?

— Nic.

Beata usiadła i przyjrzała się siostrze.

— Ty jesteś niebezpieczna, Hanka.

— Możliwe.

— Ja bym od razu wystawiła Piotrowi walizki za drzwi.

Z pokoju dobiegło znaczące kaszlnięcie Piotra. Siostry spojrzały na siebie i nagle obie się roześmiały.

— Zostań obok mnie — powiedziała Hanna. — Na wszelki wypadek.

— Wytrzymasz.

Były to prawdopodobnie najwłaściwsze słowa, jakie Hanna usłyszała w ciągu ostatnich dwóch tygodni.

Helena przyjechała punktualnie o drugiej, w nowej niebieskiej sukience z wysokim kołnierzem. Towarzyszyła jej sąsiadka Teresa, pulchna i pogodna kobieta, która kochała koronki i wyglądała, jakby szła na własny ślub.

— Jak tu pięknie! — zachwyciła się Teresa od progu.

— Ładnie — przyznała Helena z powagą.

Obejrzała stół, obrus i kryształ, jakby kontrolowała, czy nigdzie nie została odrobina kurzu.

— To ten obrus z chabrami?

— Ten sam.

— Pamiętam. Bardzo starannie wyszyty.

Dla Heleny był to niemal najwyższy wyraz uznania.

Marek wyszedł z łazienki ogolony i ubrany w jasną koszulę. Tę samą, którą Hanna widziała na zdjęciu.

Odwróciła wzrok.

Goście zajęli miejsca. Ola usiadła po lewej stronie matki, Beata po prawej. Marek znalazł się naprzeciwko, między Heleną i Teresą.

Przez pewien czas rozmawiano o wszystkim. Teresa opowiadała o synowej, Beata o kontroli w szkole, Piotr jadł galaretę. Z gramofonu płynęła stara muzyka.

Hanna prawie nic nie jadła. Napełniała szklanki, podawała półmiski i zerkała na zegar, który nadal spóźniał się czterdzieści minut.

Nagle zadzwonił dzwonek.

Marek zamilkł w pół zdania.

— Kto jeszcze przyjechał? — spytał.

— Otworzę — odpowiedziała spokojnie Hanna.

Serce biło jej ciężko, ale równo. Otworzyła drzwi.

Na progu stała wysoka kobieta z długimi kasztanowymi włosami. Miała około trzydziestu czterech lat, beżową sukienkę i pudełko z cukierni.

— Dzień dobry. Jestem Natalia. Rozmawiałyśmy przez telefon.