— Oczywiście. Proszę wejść.
Natalia zdjęła płaszcz. Pachniała drogimi perfumami, zupełnie innymi niż te, których używała Hanna.
W salonie rozmowy ucichły.
Marek podniósł się z krzesła.
Natalia pojawiła się w drzwiach.
Przez chwilę patrzyli na siebie nieruchomo.
— Poznajcie się — powiedziała głośno Hanna. — To Natalia Sawicka, córka Marii Sawickiej. Pani Heleno, pamięta ją pani? Znała ją pani, kiedy była dzieckiem.
Helena podniosła głowę i nagle rozpromieniła się z autentyczną radością.
— Natalka! Boże, jaka ty jesteś dorosła! Chodź tutaj, dziecko!
Objęła ją, poklepała po ramionach i obejrzała od stóp do głów.
— Prawdziwa piękność. Cała matka. Maria musi być z ciebie dumna.
— Dzień dobry, ciociu Heleno. Wszystkiego najlepszego.
— Dziękuję, kochanie. Usiądź. Haniu, przynieś jej talerz. Posadź ją przy Marku, przecież pracują razem.
W pomieszczeniu zapadła cisza.
Hanna postawiła talerz obok męża, między nim a Teresą.
Natalia usiadła. Marek był blady i spocony. Kiedy nalewał jej wino, ręka mu zadrżała i kilka czerwonych kropli spadło na biały obrus, rozlewając się między haftowanymi chabrami.
Po czwartej rozpoczęły się życzenia.
Piotr powiedział kilka prostych zdań. Teresa wyrecytowała długi wiersz. Beata przemawiała uroczyście, jak na szkolnej akademii.
Marek pił więcej niż zwykle. Za każdym razem, kiedy Natalia sięgała po widelec, zerkał na nią, a potem na żonę.
Czekał, aż Hanna zacznie mówić.
Ona milczała.
Wreszcie Helena stuknęła nożem w kieliszek.
— Chcę podziękować wszystkim, a szczególnie Hannie. Nie zawsze byłam wobec niej sprawiedliwa. Dzisiaj przyjęła nas w swoim domu, przygotowała wspaniałe jedzenie i urządziła lepsze urodziny niż niejeden lokal. Dziękuję ci, Haniu.
— Nie ma za co.
— Chcę też powiedzieć, że mój Mareczek jest najlepszym synem na świecie. Zawsze marzyłam, żeby u jego boku znalazła się godna kobieta.
Helena uniosła kieliszek, a jej wzrok zatrzymał się na Natalii. Kobieta lekko pobladła.
Wtedy Hanna wstała.
Ola pod stołem zacisnęła palce na jej sukience.
— Pani Heleno, mogę również coś powiedzieć?
— Oczywiście.
— Przygotowałam dla pani specjalny prezent.
Hanna wyszła do kuchni. Po chwili wróciła z dużą tacą. Postawiła przed solenizantką złocisty wypiek ozdobiony małą gwiazdą.
— Zrobiłam go według pani przepisu. Tego, który podyktowała mi pani piętnaście lat temu. Tylko trochę pomieszała pani proporcje.
Helena zamarła.
— Więc jednak się domyśliłaś?
— Nie od razu.
— Spryciara. Byłam pewna, że sobie nie poradzisz.
— Musiałam piec dwanaście razy, zanim wyszło dobrze.
Goście roześmiali się, a Teresa nawet zaklaskała.
Marek również spróbował się uśmiechnąć.
— Ale to nie jest cały prezent — powiedziała Hanna.
Podeszła do fotela i podniosła niebieską teczkę.
— Jest jeszcze coś.
Rozmowy ucichły.
Hanna spojrzała prosto na męża.
— W tej teczce znajduje się kopia pozwu rozwodowego, który złożyłam w sądzie w czwartek.
Słowa spadły na stół jak rozbita zastawa.
— Co? — wycharczał Marek.
— A w tej kopercie są zdjęcia, rachunek z restauracji przy Ogrodowej i wydrukowane wiadomości z twojego telefonu. Wszystkie sto dwanaście. Nie chciałam rozmawiać z tobą sam na sam w pustym mieszkaniu. Chciałam, żeby twoja matka również usłyszała prawdę. Przecież obiecałeś, że powiesz jej przed urodzinami.
Marek zerwał się z krzesła.
— Hanka, co ty wyprawiasz?
— Trzy tygodnie temu dowiedziałam się o twoim romansie. Wcześniej niż twoja matka i wszyscy pozostali. Przez ten czas spokojnie mnie okłamywałeś przy śniadaniu, podczas kolacji i w samochodzie. A ja nie robiłam awantur. Przygotowywałam się do dzisiejszego dnia.
Odwróciła się do Natalii.
— Przepraszam, że zaprosiłam panią w taki sposób. Ale pani również zasługuje na prawdę i na możliwość podjęcia własnej decyzji.
Natalia ścisnęła krawędź stołu tak mocno, że pobielały jej palce.
— Nie wiedziałam, że pani tu będzie — szepnęła. — Marek mówił, że od dawna nie jesteście małżeństwem. Obiecywał, że już wszystko wyjaśnił.
— Nie wyjaśnił.
— Obiecał mi.
— Wiem.
W pokoju słychać było tylko tykanie zegara.
Helena podniosła się powoli.
— Co ty powiedziałaś? — zapytała.
— Mamo, posłuchaj… — zaczął Marek.
— Nie do ciebie mówię.
Patrzyła wyłącznie na Hannę.
— Ogłosiłaś to przy wszystkich, w dniu moich urodzin. Chciałaś zepsuć mi święto.
— Nie chciałam pani zranić.
— Więc czego chciałaś?
— Żeby znała pani prawdę. I żeby nikt później nie nazwał mnie kłamczuchą.
— Jesteś żmiją — wyszeptała Helena.
— Mamo! — krzyknął Marek.
— Ty też jesteś niewiele lepszy! Przyprowadziłeś do rodziny…
Helena odwróciła się do Natalii.
— A ty! Trzymałam cię kiedyś na rękach!
— Ciociu Heleno, ja już pójdę.
— Oczywiście, idź! I nie pokazuj mi się więcej na oczy! Wszystko opowiem Marii!
— Proszę opowiadać.
Natalia zabrała torebkę. Przy drzwiach zatrzymała się i spojrzała na Marka.
— Mówiłeś, że od dawna nie żyjecie z Hanną jak mąż i żona.
Marek otworzył usta, ale nie znalazł słów.
— Natalia, poczekaj…
— Nigdy więcej do mnie nie dzwoń.
Drzwi zamknęły się cicho.
Przez chwilę słychać było tylko stukot jej obcasów na schodach.