Tyle że nie sama.
Tuż za jej samochodem na podjazd wjechał srebrny bus.
Boczne drzwi odsunęły się i ze środka zaczęli wysiadać ludzie.
Pierwsza pojawiła się Jadwiga, matka Katarzyny. Siedemdziesiąt dwa lata, donośny głos, rumiane policzki i dwie ogromne torby na kółkach.
Za nią wysiadła Monika, siostra Katarzyny.
Chwilę później z busa wyskoczyli jej dziesięcioletni synowie bliźniacy, Kuba i Michał. Natychmiast zaczęli kopać piłkę tuż obok grządek.
Na samym końcu z samochodu zeskoczył niewielki terier o imieniu Figo i od razu oznaczył róg werandy.
Piotr wyszedł na schody.
Otworzył usta.
Zamknął je.
Po chwili spróbował jeszcze raz.
— Kaśka… Co to ma znaczyć?
— A co cię tak dziwi? — żona uśmiechnęła się szeroko, niemal pogodnie. — To moja mama. Ciśnienie jej skacze. Lekarz zalecił świeże powietrze. A to Monika z dziećmi. Mają urlop, więc zamieszkają tutaj przez miesiąc. Dzieciom lepiej biegać na dworze niż siedzieć w dusznym mieszkaniu.
— Jaki miesiąc? — Piotr wyraźnie pobladł. — Katarzyna, ty mówisz poważnie?
— Jak najbardziej. Sam mi kiedyś tłumaczyłeś, że własnej matce nie można odmówić. Pamiętasz? Ja twoje słowa zapamiętałam doskonale.
Jadwiga wchodziła już po schodkach, uważnie oglądając werandę.
— Piotrusiu, dzień dobry! — zawołała głośno. — Ale tu macie pięknie! Kasiu, telewizor jest duży? Wieczorem oglądam swoje programy, bez nich potem nie zasnę.
— Duży, mamo, nie martw się — odpowiedziała Katarzyna, biorąc jedną z toreb. — Chodź, pokażę ci pokoje.
— Kaśka, zaczekaj! — Piotr chwycił żonę za łokieć i odprowadził na bok. Mówił szybko, ściszonym głosem. — Ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, co robisz? Mama oszaleje. Już teraz jest tu ciasno, a ty przywiozłaś cały tłum!
— Tłum? — Katarzyna uniosła brew. — To moja rodzina, Piotrze. Kiedyś powiedziałeś mi: „Nie przesadzaj, lato szybko minie”. Więc ty też nie przesadzaj. Możliwe, że mama zostanie nie miesiąc, tylko dwa albo trzy.
— Ale to zupełnie inna sytuacja!
— Na czym polega różnica?
— Bo… bo…
— Bo twoja matka jest święta, a moja już nie?
Piotr zamilkł.
Katarzyna spokojnie uwolniła rękę i weszła do domu.
Pierwszy konflikt wybuchł po dwudziestu minutach.
Teresa wyszła z kuchni i zobaczyła, że w jej ulubionym fotelu siedzi Jadwiga. Rozkładała pasjansa na stoliku, a radio grało bardzo głośno.
— To moje miejsce! — oburzyła się teściowa.
— Pani miejsce? — Jadwiga spojrzała na nią z niewinną miną. — Ma pani akt własności tego fotela? Nie? W takim razie obowiązuje prosta zasada: kto pierwszy usiadł, ten siedzi.
— Piotr! — wrzasnęła Teresa. — Piotr, co tu się dzieje?
— Mamo, to rodzina Katarzyny — wymamrotał, stojąc w drzwiach.
Wyglądał, jakby znalazł się pomiędzy dwoma rozpędzonymi pociągami.
— Jaka rodzina? Niech natychmiast wyjeżdżają! Potrzebuję spokoju, mam ciśnienie!
— Ja również mam ciśnienie — odparła niewzruszenie Jadwiga, nie odrywając wzroku od kart. — Do tego arytmię i chore stawy. Dlatego zostaję w fotelu.
W tej samej chwili za oknem przemknęli bliźniacy.
Za nimi pobiegł Figo.
Za psem przeleciała bryła ziemi wyrzucona z grządki.
— Moje uprawy! — Teresa rzuciła się do okna. — Te chłopaki zadepczą mój czosnek!
— To nie jest pani czosnek — powiedziała Katarzyna, pojawiając się w drzwiach z tacą pełną filiżanek. — To moja ziemia. Kiedyś rosły tu moje róże, dopóki ich pani nie wykopała. Na pani miejscu nie martwiłabym się więc losem czosnku.
— Piotr! — teściowa gwałtownie odwróciła się do syna. — Słyszysz, jakim tonem ona się do mnie odzywa? Pozwalasz żonie tak traktować własną matkę?
— Mamo, uspokój się…
— Nie waż się mnie uspokajać! Natychmiast usuń stąd tych ludzi!
— Piotrze — Katarzyna odstawiła tacę na stół — chcesz wyrzucić moją mamę, siostrę i siostrzeńców? Z tego, co pamiętam, mówiłeś, że starszemu człowiekowi potrzebne jest świeże powietrze, a rodzinie się nie odmawia. Czy może ta zasada dotyczy wyłącznie pani Teresy?
Piotr nie odpowiedział.
Po raz pierwszy od trzynastu miesięcy zobaczył całą sytuację z drugiej strony.
I to, co zobaczył, bardzo mu się nie spodobało.
Wieczorem dom przypominał prawdziwe pobojowisko.
Jadwiga włączyła telewizor niemal na pełną głośność. W studiu trwał hałaśliwy program dyskusyjny, a prowadzący krzyczał tak, że drżały szyby.
Bliźniacy biegali z pokoju do pokoju, przesuwali krzesła i śmiali się na cały głos.
Figo znalazł grządkę z cebulą i z ogromnym zapałem zaczął kopać dołki, rozrzucając cebulki na wszystkie strony.
Monika zajęła kuchnię, przygotowywała kolację dla całej gromady i fałszując, lecz z energią, nuciła popularny przebój.
Teresa zamknęła się w „swoim” pokoju, czyli w sypialni, która dawniej należała do Katarzyny.
Nie wyszła stamtąd aż do rana.
Ściany w domku były jednak cienkie, a chłopcy przestali biegać dopiero przed północą.
Następnego dnia napięcie jeszcze wzrosło.
Jadwiga przeszła do otwartego ataku.
— Pani Tereso, co to za zasłony? — zapytała przy śniadaniu, które przygotowała samodzielnie, nie pytając nikogo o zgodę. — Te piwonie są ogromne jak dekoracje w gminnym domu kultury. U Kasi wcześniej wisiały przepiękne lniane zasłony w szlachetnym kolorze. A pani powiesiła ten poliester. Wygląda strasznie tanio.
