Co to jeszcze ma znaczyć? Czyje to buty w rozmiarze czterdzieści pięć stoją w moim przedpokoju? Anna zamarła już przy samych drzwiach, omal nie wypuszczając z rąk ciężkich siatek z zakupami.
Do nosa uderzył ją gryzący, duszny odór tanich papierosów i czegoś jeszcze — słodkawego, ciężkiego, przypominającego zwietrzały zapach samogonu. W ich mieszkaniu, gdzie zwykle pachniało to świeżością, to proszkiem o kwiatowym aromacie, to pierożkami z kapustą, ten obcy smród wydawał się niemal wrogi. Anna powoli przeniosła wzrok z ubłoconych, zdeptanych męskich butów stojących pod ścianą na wieszak: tuż na jej błękitnym kożuszku wisiała cudza, znoszona kurtka z wytartymi mankietami.
Z kuchni wychylił się jej mąż, Piotr. Wyglądał na winnego i rozdygotanego, ale w oczach miał też coś upartego, jakby od dawna szykował się na burzę.
Aneczko, już jesteś? Nawet nie zauważyłem, kiedy weszłaś — wymamrotał pojednawczo, zasłaniając sobą wejście do kuchni. Tylko… tylko się nie denerwuj. Mamy… gościa.
Jakiego znowu gościa we wtorek o siódmej wieczorem? Anna ostrożnie odstawiła torby i zaczęła zdejmować płaszcz, nie spuszczając z męża czujnego wzroku. I dlaczego ten gość pali w mieszkaniu? Wiesz przecież, że nie znoszę zapachu tytoniu.
Piotr tylko się zmieszał i zaczął przestępować z nogi na nogę.
No… to Kostek. Pamiętasz, mówiłem ci, ten mój kolega z wojska, razem służyliśmy jeszcze w Sewastopolu. Miał kłopoty… i poprosił, żeby przenocować…
W tej samej chwili z kuchni wyszedł ów „kolega z wojska”, jakby był u siebie. Anna ledwie zapanowała nad gniewem: Kostek był wysoki, ciężki, z mięsistą twarzą, purpurowym nosem i małymi oczkami. Na sobie miał stare, kiedyś czarne dresy i zatłuszczony podkoszulek, spod którego kępami wystawały ciemne włosy na piersi. W ręce trzymał nadgryzioną kromkę chleba ze słoniną, a obok wyraźnie widać było plaster tej drogiej mortadeli, którą Anna zawsze chowała na śniadanie.
O, gospodyni wreszcie wróciła! — zagrzmiał Kostek basem, przeżuwając. — Dobry wieczór, Anno… bez tego tam całego. Pietia opowiadał, że u was barszcz taki, że palce lizać! A my tu głodni wpadliśmy do kuchni. Jak coś nie tak, to przepraszam.
Anna poczuła, jak w środku wszystko aż się gotuje, ale na twarzy nie drgnął jej nawet mięsień. W milczeniu zdjęła buty, poszła umyć ręce i dopiero potem wróciła. Piotr i Kostek stali jak uczniowie czekający na naganę.
Piotr, chodź do sypialni. Muszę z tobą porozmawiać — powiedziała tak cicho, że on odruchowo się skulił.
W sypialni szczelnie zamknęła za nimi drzwi.
Wyjaśnij mi — zażądała chłodno Anna. — Kim jest ten człowiek i dlaczego panoszy się w moim domu? I czemu zjada nasze jedzenie?
Anutka, nie zaczynaj… — wyszeptał Piotr, chwytając ją za rękę. — Kostek ma tragedię. Żona go wyrzuciła, zabrała mieszkanie, samochód, wszystko. Został dosłownie na ulicy, przyjechał szukać pracy, na hotel nie ma pieniędzy. Jak mam go zostawić? Tyle razem przeszliśmy.
I jak długo ten twój „wojskowy przyjaciel” zamierza u nas siedzieć?
Kilka dni! — zaczął się łasić Piotr. — No góra tydzień, aż coś znajdzie. Mamy przecież trzy pokoje, miejsca jest dość, kąt po córce stoi pusty. Okaż trochę współczucia… To spokojny, niegroźny człowiek.
Anna ciężko westchnęła. Wiedziała, że Piotr ma miękkie serce i nieraz wykorzystywali to krewni i znajomi. Ale sprowadzić do domu dorosłego faceta, po którym od razu było widać, że lubi zaglądać do kieliszka…
Dobrze. Tydzień. Ani dnia dłużej. Niech pali na balkonie i niech się ubiera porządniej. To nie targowisko.
Jesteś złoto, Anutka! Wszystko ogarnę!
Gdyby Anna wtedy wiedziała, czym skończy się ten „tydzień”, wystawiłaby ich obu już tego samego wieczoru.
Pierwszego wieczoru Kostek pochłonął połowę garnka kotletów przygotowanych na dwa dni. Jadł głośno, mlaskał, wycierał ręce o spodnie i bez przerwy opowiadał wojskowe historyjki, z których Piotr śmiał się do łez. Anna siedziała przy stole wyprostowana, z widelcem w dłoni, i odliczała minuty do chwili, kiedy będzie mogła schować się w sypialni.
Masz szczęście, Pietia — rozwodził się Kostek, popijając herbatę. — Mieszkanie duże, żona gotuje lepiej niż moja matka. Nie to co moja była, ta tylko umiała pieniądze wyciągać…
Staramy się — uśmiechnął się niepewnie Piotr, dolewając mu herbaty.
Aneczko, może upieczesz jakieś pierożki! Z kapustą! — rzucił nagle Kostek prosto do niej. — Bo ten wasz sklepowy chleb to sama guma.
Anna uniosła brwi.
Konstanty, jestem główną księgową w zakładzie. Wychodzę o ósmej rano, wracam o siódmej wieczorem. Nie mam czasu piec na zamówienie.
Oj tam… Kobieta powinna mężczyzn nakarmić, a robota to tak, nie na serio.
Anna nic nie powiedziała, ale w myślach od razu postawiła przy nim grubą kreskę.
Minęły trzy dni, a Kostek nawet nie próbował szukać pracy. Całe dnie wylegiwał się przed telewizorem, wieczorem w kuchni piętrzyły się stosy brudnych naczyń, wszędzie leżały okruchy, a w toalecie czuć było papierosy — z balkonu nawet nie zamierzał korzystać.