Wszystko zaczęło się w ósmej klasie, gdy wychowawczyni postanowiła zmienić nam miejsca w ławkach. Ja, Olga Morozowa – wieczna uczennica na trójkach i klasowa dusza towarzystwa – wylądowałam przy jednej ławce z Dimą. Z Dimą Lebiediewem. Najzdolniejszym, najcichszym i najbardziej niedostępnym chłopakiem z 8 „A”.
Sprawiał wrażenie, jakby pochodził z zupełnie innej rzeczywistości. Nosił nienagannie uprasowany mundurek, bez wysiłku rozwiązywał najtrudniejsze zadania i patrzył na świat z opanowaniem kogoś, kto zna odpowiedzi, zanim padną pytania. Ja byłam jego całkowitym przeciwieństwem – żyłam szkolnymi zabawami, spotkaniami ze znajomymi i niekończącymi się rozmowami szeptanymi w ostatniej ławce.
Na początku między nami panowała cisza. On pochylał się nad podręcznikami, ja w zeszycie szkicowałam bezsensowne esy-floresy. Aż któregoś dnia nie poradziłam sobie z banalnym przykładem z algebry i ze złości cisnęłam długopisem.
— Nie idzie? — zapytał cicho.
W odpowiedzi tylko wzruszyłam ramionami. Dima bez słowa przesunął ku sobie mój zeszyt, zapisał kilka linijek równym pismem i oddał mi go.
— Proszę. Wystarczyło rozłożyć na czynniki.
Od tamtej chwili coś między nami drgnęło. Najpierw pomagał mi w matematyce, potem w fizyce, a z czasem także przy wypracowaniach. Odkryłam w nim nie kujonka bez poczucia humoru, lecz uważnego, ironicznego i zaskakująco wnikliwego chłopaka. Zostawaliśmy po lekcjach, a on tłumaczył prawa fizyki tak, jakby snuł opowieść pełną przygód.
Zakochałam się. Bez opamiętania, całym sercem, jakby to miało trwać wiecznie. I wkrótce zaczęło mi się wydawać, że nie jestem mu obojętna. Coraz częściej się uśmiechał, żartował, a kiedyś, odprowadzając mnie pod dom, powiedział: „Wiesz, Ola, przy tobie świat ma więcej kolorów”.
Wtedy narodził się w mojej głowie szalony plan. Postanowiłam dorównać mu w nauce. Chciałam, żeby mógł być ze mnie dumny. Tydzień później oznajmiłam mu, że zamierzam walczyć o srebrny medal.
Dima uniósł brwi ze zdziwieniem.
— Mówisz poważnie?
— Jak najbardziej. Sama jednak nie dam rady. Zostaniesz moim korepetytorem?
Zgodził się. Do swojego domu nie mógł zapraszać kolegów, więc uczyliśmy się u mnie po lekcjach. Najpierw co drugi dzień, później codziennie. Był wymagający i nie pozwalał mi na taryfę ulgową. Musiałam zrezygnować z imprez i spacerów. Czasem miałam ochotę odpuścić, lecz słyszałam od niego: „Jesteś silna, Ola. Dasz radę”. A ja pracowałam wytrwale, bo miałam cel i ogromne uczucie do swojego nauczyciela.
Na balu kończącym szkołę dyrektorka z uśmiechem wręczyła mi świadectwo z jedną czwórką i upragniony srebrny medal. Spojrzałam na Dimę — w jego oczach zobaczyłam dumę i czułość, aż zabrakło mi tchu. Tego wieczoru, obejmując mnie podczas tańca, wyszeptał: „Podziwiam cię. Potrafisz wszystko, Olu Morozowa”.
Wydawało się, że szczęście jest na wyciągnięcie ręki.
Była jednak osoba, która nie widziała we mnie ambitnej dziewczyny, lecz zagrożenie dla przyszłości swojego syna. Jego matka, Łarisa Nikołajewna, wcześnie owdowiała żona wojskowego pilota, kochała Dimę ponad życie. Zawsze wyprostowana, z chłodnym spojrzeniem i perfekcyjnie ułożonymi włosami. Nieraz zastanawiałam się, czy sama je tak układa, czy codziennie odwiedza fryzjera — ale nigdy nie zdobyłam się na pytanie.
Od początku patrzyła na mnie z góry i potrafiła nie odpowiedzieć na „dzień dobry”, gdy mijałyśmy się w sklepie czy na podwórku.
O naszej relacji wiedziała doskonale, jednak zachowywała się tak, jakby żadna Olga Morozowa nie istniała. Na długo zapamiętałam jedyną kolację w ich domu. Niedługo przed zakończeniem szkoły Dima, speszony, zaprosił mnie, mówiąc, że mama chce ze mną porozmawiać.
Stół przykryty był śnieżnobiałym obrusem, sztućce lśniły. Łarisa Nikołajewna pracowała w sądzie, a rozmowa przypominała przesłuchanie.
— Olgo, gdzie pracują twoi rodzice? Ach, w fabryce… Jesteś jedynaczką? Mieszkacie we własnym mieszkaniu? Rozumiem, że starałaś się w szkole, ale studia to poważniejsza sprawa. Dima powinien myśleć o nauce, nie o rozrywkach.
Starałam się żartować, opowiadałam o planach dostania się do instytutu pedagogicznego — w końcu Dima świetnie mnie przygotował. Mimo to czułam się jak owad uwięziony w sieci. Jej spojrzenie mówiło wyraźnie: „Nie jesteś odpowiednia dla mojego syna”. Dima próbował mnie bronić: „Mamo, wystarczy”, lecz zabrzmiało to niepewnie, niemal dziecinnie. Dla niej wciąż był chłopcem wymagającym ochrony.
Po maturze wyjechał do Moskwy i bez trudu dostał się do prestiżowej szkoły wojskowej, tej samej, którą kiedyś ukończył jego ojciec. Ja złożyłam dokumenty do miejscowego instytutu pedagogicznego. Zdążył przysłać mi dwa listy pełne miłości i planów na przyszłość. Los jednak postanowił inaczej — dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Dziecko poczęło się podczas naszej pierwszej i, jak się okazało, ostatniej wspólnej nocy.