— Może na razie zjesz w kuchni? — zaproponował teść synowej, z zadowoleniem spoglądając na wystawnie zastawiony stół

— Ja mu nie pomagałam. Zrobiłam wszystko sama — od pierwszej obranej cebuli po ostatni listek natki.

— Ciszej, już na nas patrzą. Lepiej usiądź.

Tyle że z zajęciem miejsca pojawił się problem.

Goście zaczęli siadać. Stół rozłożono do maksymalnej długości, lecz w salonie nadal panował ścisk. Henryk zajął najlepsze miejsce przy oknie. Jego żona ostrożnie usiadła obok i oparła laskę o parapet. Marek znalazł się naprzeciwko. Władysław zasiadł u szczytu stołu, plecami do starego kredensu z kryształowymi kieliszkami.

Pozostawały dwa możliwe miejsca: jedno obok Pawła, drugie w kącie przy drzwiach. To drugie było jednak tak niefortunnie wciśnięte, że siedzącą tam osobę potrącałby każdy, kto szedł do kuchni albo z niej wracał.

Paweł bez wahania usiadł obok ojca.

Marta podeszła do stołu. Nie miała gdzie usiąść. Miejsca przy blacie jeszcze trochę było, ale krzeseł w salonie stało zaledwie pięć.

— No proszę, jaki kłopot — przeciągnął Władysław, rozglądając się po zebranych. — Brakuje nam jednego krzesła. Pawełku, przynieś z kuchni taboret.

Syn już miał wstać, lecz ojciec przytrzymał go dłonią za ramię.

— Chociaż nie, poczekaj… Gdzie go tutaj ustawimy? Markowi już będzie ciasno, to duży chłop. Henryk też potrzebuje przestrzeni.

Zapadła nieprzyjemna cisza. Wszystkie oczy skierowały się na Martę, która nadal stała z butelką wody mineralnej w dłoniach.

— Co więc pan proponuje? — zapytała.

Teść uśmiechnął się ze sztucznym współczuciem, tak jak lekarz uśmiecha się tuż przed przekazaniem złej wiadomości.

— Martusiu, jesteś gospodynią, młodą i sprawną. Nam, starszym ludziom, trudno byłoby siedzieć tu jeden na drugim. Poza tym ktoś musi doglądać gości: przynieść półmisek, zabrać talerze, podać gorące danie.

— I co dalej? — zapytała Marta, zaciskając palce na butelce tak mocno, że cienki plastik zatrzeszczał.

— Może na razie posiedzisz w kuchni? Jest tam mały stolik, całkiem przytulny. Spokojnie coś zjesz, kiedy my wzniesiemy pierwsze toasty. Potem przyniesiesz herbatę, a na deser na pewno cię zawołamy. Przy okazji dopilnujesz, żeby ciepłe potrawy nie wystygły.

W salonie zrobiło się tak cicho, że niemal było słychać tykanie zegara. Henryk z nagłym zainteresowaniem zaczął oglądać swoje paznokcie. Jego żona spuściła wzrok na talerz. Marek pochylił się nad butelką wina, jakby etykieta stała się właśnie najważniejszą lekturą wieczoru.

Marta spojrzała na męża. Paweł wpatrywał się w pusty talerz i z zapałem kruszył palcami kromkę chleba.

— Paweł? — odezwała się.

Nie poruszył się.

— Twój ojciec właśnie proponuje, żebym spędziła sylwestra w kuchni jak wynajęta pomoc. Naprawdę nie masz nic do powiedzenia?

Twarz Pawła poczerwieniała, a na szyi wystąpiły mu czerwone plamy. Spojrzał przestraszony najpierw na ojca, potem na żonę.

— Tato, może jednak trochę się przesuniemy? — wymamrotał niepewnie. — Chyba dałoby się zrobić miejsce…

— Dokąd mamy się przesuwać, synu? — ostro przerwał mu Władysław. — Żona Henryka i tak nie ma gdzie wyprostować nóg, przecież bolą ją kolana. Nie bądź egoistą. Marta wszystko rozumie. To rozsądna dziewczyna, bez niepotrzebnych pretensji. Prawda, Marto? Nie zepsujesz wszystkim święta tylko dlatego, że brakuje jednego krzesła?

Marta milczała i patrzyła na męża. Czekała, aż wstanie, uderzy dłonią w stół i powie: „Tato, słyszysz siebie? To moja żona!”. Albo przynajmniej bez słowa odda jej własne miejsce.

Paweł jednak nadal siedział. Wziął widelec i sięgnął do sałatki.

— Marta, naprawdę jest tu ciasno — powiedział niemal szeptem. — Zjedz najpierw w kuchni, a później coś wymyślimy. Tylko proszę, nie rób sceny.

W tej chwili coś w niej ostatecznie pękło. Jakby przepalił się ostatni bezpiecznik, który przez lata zatrzymywał gniew i zmuszał ją do zachowywania pozorów.

— Sceny? — powtórzyła z zadziwiającym spokojem. — Nie martw się, kochanie. Nie zamierzam robić żadnej sceny.

Postawiła wodę na brzegu stołu.

Wzięła głęboki oddech. Zmęczenie nagle zniknęło z jej ciała.

Podeszła do Marka i uniosła duży owalny półmisek z galaretą, który sama postawiła przed nim kilka minut wcześniej.

— Przepraszam — powiedziała uprzejmie.

— A to co ma znaczyć? — zdziwił się Marek, unosząc brwi.

Nie odpowiedziała. Odwróciła się i zaniosła galaretę do kuchni. Po chwili wróciła po salaterkę z jajkami przepiórczymi.

— Marta! — głos Władysława wspiął się o kilka tonów. — Co ty wyprawiasz? Natychmiast odstaw to na miejsce!

Nawet na niego nie spojrzała. Poruszała się spokojnie i metodycznie, jak precyzyjnie ustawiony mechanizm. Za sałatką zniknął w kuchni półmisek z drogimi serami i domowym schabem. Wszystkie składniki kupiła z własnej premii kwartalnej.

— Paweł, zatrzymaj ją! Ona oszalała! — niemal zapiszczał teść.

Mąż zerwał się tak gwałtownie, że widelec spadł na podłogę.

— Marta, dosyć! Żartujesz sobie? Mamy gości!

Wróciła po najważniejsze danie. Pośrodku stołu stała wielka, pachnąca kaczka o chrupiącej złotej skórce. Marta marynowała ją niemal całą dobę, a potem przez cztery godziny doglądała pieczenia.

Pewnie podniosła ciężki półmisek.