— Może zjesz na razie w kuchni? — zaproponował teść synowej, zadowolonym wzrokiem obejmując wystawny stół, który przygotowała zupełnie sama

— Marto! Długo jeszcze będziesz się tam krzątać? — potężny głos Henryka Dobrowolskiego przetoczył się z salonu tak stanowczo, jakby wydawał polecenie podwładnej. — Goście zjawią się za dwie godziny, a półmiski z wędlinami wciąż stoją puste!

Całe mieszkanie nasiąkło ciężkim zapachem kaczki pieczonej w piekarniku. Aromat wniknął w tapety, zasłony, a nawet w płaszcze wiszące w przedpokoju. Dla Marty nie miał już jednak nic wspólnego ze świętem. Pachniał wyłącznie zmęczeniem — gęstym, lepkim i niekończącym się.

Zegar nad kuchenką wskazywał wpół do piątej. Trzydziesty pierwszy grudnia. W całej Polsce ludzie kroili sałatki przy starych komediach, poprawiali fryzury przed sylwestrową nocą i otwierali pierwsze butelki wina. Marta czuła się natomiast tak, jakby właśnie skończyła dwie zmiany przy rozgrzanym piecu w hucie.

Otarła czoło wierzchem dłoni, zostawiając na skórze jasną smugę mąki, po czym przymknęła oczy choćby na kilka sekund.

— Zdążę ze wszystkim, panie Henryku — odpowiedziała, siląc się na opanowanie. — Kaczka jest prawie gotowa, galareta chłodzi się na balkonie. Zostało mi tylko napełnić tartaletki kawiorem.

Teść wszedł do kuchni niespiesznym krokiem, szurając miękkimi kapciami. Poprawił poły bordowej, aksamitnej marynarki domowej. Był postawnym, ciężkim mężczyzną o starannie ułożonych siwych włosach, na które zużywał chyba pół puszki lakieru. Ta fryzura wyglądała tak, jakby nie zmieniła się od końca lat osiemdziesiątych.

Henryk zmierzył krytycznym spojrzeniem blat zasłany miskami, deskami, otwartymi słoiczkami i blachami.

— Kawioru nie żałuj — polecił, stając Marcie niemal nad ramieniem niczym kontroler sprawdzający księgi rachunkowe. — Przyjdą dziś Bogdan Wysocki z żoną i Witold. To ludzie obyci, przyzwyczajeni do porządnego przyjęcia. Nie zamierzam się przed nimi skompromitować. Posmarowałaś tartaletki masłem?

— Posmarowałam — odparła równo, nie przerywając pracy.

— Dopilnuj, żeby warstwa wszędzie była taka sama. Ostatnim razem masło wystawało w kilku miejscach całymi grudkami. Było mi wstyd przed ludźmi.

Marta znieruchomiała z nożem w dłoni. Tamtym „ostatnim razem”, podczas jubileuszu Henryka, niemal przez dobę nie odchodziła od kuchenki. Przygotowała jedzenie dla piętnastu osób, a gdy goście wyszli, do trzeciej nad ranem szorowała talerze i kieliszki. Jedyną oceną teścia było chłodne stwierdzenie, że galareta wyszła odrobinę zbyt twarda.

— Panie Henryku, może chociaż pomoże mi pan nakryć do stołu? — zapytała, nie odwracając się. — Trzeba przynieść świąteczny serwis i wypolerować kieliszki. Nie dam rady jednocześnie pilnować piekarnika i biegać do salonu.

Teść westchnął demonstracyjnie, jakby właśnie poproszono go o przeniesienie fortepianu. Poprawił na palcu ciężki złoty sygnet.

— Moja droga, z największą przyjemnością bym pomógł, ale doskonale wiesz, że mam chory kręgosłup. Lekarz zabronił mi się schylać i dźwigać. Poza tym gospodarz powinien przywitać gości wypoczęty, elegancki i w dobrym nastroju. Jest wizytówką domu. Kuchnia natomiast to zaplecze robocze.

— Czyli ja jestem personelem? — spytała cicho Marta, układając na tartaletce maleńką gałązkę koperku.

— Nie przekręcaj moich słów — machnął ręką Henryk i ruszył ku drzwiom. — Jesteś młoda, ruch ci nie zaszkodzi. A gdzie Paweł? Dlaczego nie sprawdza, czy szampan porządnie się schłodził?

— Paweł siedzi w pokoju i gra na konsoli — odpowiedziała sucho.

— To niech odpoczywa. Miał trudny kwartał: raporty, przełożeni, cały ten bank wycisnął z niego ostatnie siły. Nie zawracaj mu głowy drobiazgami. Ja idę włożyć garnitur. Za czterdzieści minut stół ma błyszczeć!

Drzwi kuchenne zamknęły się bezszelestnie. Marta została sama z trzaskającą skórką kaczki i z nagłą ochotą, by cisnąć otwartym słoiczkiem kawioru prosto w ścianę.

Kiedy skończyła przygotowywać zimne przekąski, przycisnęła dłoń do zdrętwiałych pleców i poszła do salonu. Pośrodku pokoju stał stary rozkładany stół przykryty śnieżnobiałym, wykrochmalonym obrusem. Była to jedyna rzecz, którą Henryk zrobił sam.

Paweł leżał rozparty w fotelu i z zapałem naciskał przyciski kontrolera. Na ekranie wybuchały kolejne kosmiczne statki.

— Pawle — odezwała się Marta.

Mąż nie usłyszał albo udał, że nie słyszy. Nadal gwałtownie sterował postacią.

— Pawle! — powtórzyła głośniej.

Drgnął i odsunął słuchawkę z jednego ucha.

— Co? Co się stało, kochanie? Już siadamy?

— Jeszcze nie. Pomóż mi przenieść jedzenie z kuchni. Półmisek z kaczką jest ciężki, a salaterki pełne po brzegi. Nie mogę sama bez końca chodzić tam i z powrotem.

Paweł skrzywił się z niezadowoleniem i zatrzymał grę.

— Marta, przecież tata jest obok. Poproś jego. Ten poziom przechodzę już czterdzieści minut. Zostało naprawdę niewiele.

— Twój ojciec właśnie wkłada garnitur i wybiera krawat. Ja nie usiadłam od ósmej rano. Proszę cię, wstań i pomóż nakryć do stołu. Ty również zamierzasz świętować.

Mąż wypuścił głośno powietrze, pokazując całym sobą, jak niewyobrażalne poświęcenie musi ponieść. W końcu podniósł się z fotela.

— Ostatnio ciągle jesteś spięta i rozdrażniona. To Sylwester, trzeba się cieszyć, a ty tylko narzekasz.

— Zacznę się cieszyć, kiedy będę mogła choć na chwilę usiąść i wyprostować nogi — odparła ostro, wciskając mu w ręce stos talerzy. — Tylko ich nie upuść. To odświętny serwis. Jeśli wyszczerbi się choć jeden, twój ojciec zje mnie żywcem.

Kilka razy przeszli z kuchni do salonu i z powrotem. Stół stopniowo znikał pod potrawami, z których każda wyglądała jak zdjęcie z eleganckiego magazynu kulinarnego. Tego wieczoru Marta naprawdę przeszła samą siebie: sałatka z jajkami przepiórczymi i chrupiącymi ziemniakami, idealnie przejrzysta galareta z ozorków, rumiane paszteciki z kapustą, domowy schab pieczony pod pachnącą musztardową skórką. Pośrodku pyszniła się wielka kaczka nadziewana jabłkami i suszonymi śliwkami, lśniąca od sosu, złocista i chrupiąca.

Marta cofnęła się o krok i spojrzała na rezultat swojej pracy. Jedzenia wystarczyłoby na niewielkie wesele.

— Całkiem nieźle — mruknął Paweł, ukradkiem porywając plaster pieczonego schabu. — Przyniosłaś koniak? Ten drogi, który kupiłem w ozdobnym pudełku?

— Tak. Stoi na komodzie obok kieliszków. Pawle, muszę ci coś powiedzieć…

Podeszła bliżej i ostrożnie dotknęła jego ramienia.

— No?

— Mam wrażenie, że twój ojciec jest dziś wyjątkowo nerwowy i czepia się wszystkiego. Proszę cię, jeżeli znowu zacznie rzucać uszczypliwe uwagi, nie milcz. Stań po mojej stronie choćby jednym zdaniem. Jestem wykończona. Chcę po prostu spokojnie usiąść, zjeść i przywitać Nowy Rok jak człowiek.

Paweł odwrócił wzrok.

— Nie przejmuj się nim. Tata się denerwuje, bo zależy mu, żeby wszystko wypadło idealnie. Jest starej daty. Nie bierz tego tak do siebie.

— Trudno nie brać do siebie, kiedy robi się ze mnie darmową kucharkę, a później traktuje to jak naturalny porządek świata. Przecież widzisz, co się dzieje, prawda?

— Och, tylko nie zaczynaj — wysunął rękę z jej dłoni. — Goście zaraz przyjdą, a ty masz minę, jakbyśmy szykowali stypę. Uśmiechnij się lepiej.

W przedpokoju zadźwięczał dzwonek. Twarz Pawła natychmiast się odmieniła. Pojawił się na niej promienny, gościnny uśmiech.

— To oni! Idę otworzyć!

Marta została przy zastawionym stole. Gdzieś głęboko w niej zaciskał się powoli zimny węzeł niepokoju.

Goście weszli do mieszkania głośną grupą, wnosząc zapach śniegu, mroźne powietrze i ciężką woń męskiej wody kolońskiej. Bogdan Wysocki był wysokim, masywnym mężczyzną o zaczesanych do tyłu włosach i donośnym głosie. Jego żona, drobna i przygarbiona starsza pani, wspierała się na lasce. Trzecim gościem był Witold, syn dawnego znajomego Henryka — około czterdziestoletni mężczyzna o stale zaciśniętych ustach i minie człowieka, którego wszystko odrobinę brzydzi.

Henryk wyszedł z sypialni niczym gospodarz eleganckiego przyjęcia. Miał na sobie nienaganny ciemny garnitur, a z kieszonki na piersi wystawała jedwabna poszetka.

— Moi drodzy, jakże się cieszę, że was widzę! Wchodźcie, szybko! — obejmował kolejno przybyłych. — Jak droga? Nie zmarzliście?

— Heniek, na chodnikach jest prawdziwe lodowisko! — zawołał Bogdan. — Ale dla twojego jedzenia dotarlibyśmy tu nawet na czworakach!

Marta stała przy drzwiach kuchni. Zdjęła już fartuch i poprawiła prostą, lecz elegancką granatową sukienkę. Liczyła, że teść przedstawi ją gościom albo przynajmniej zauważy jej obecność.

— Zdejmujcie płaszcze, kochani — dyrygował Henryk. — Pawle, pomóż gościom! A potem od razu do stołu, wszystko już gotowe. Cały dzień się starałem, tyle potraw przygotowałem!

Marta zamrugała kilka razy. „Cały dzień się starałem”?

Goście weszli do salonu. Na widok stołu Bogdan rozłożył ręce tak szeroko, że o mało nie uderzył w wiszącą lampę.

— No proszę! Henryku, to prawdziwa królewska uczta! Jaka galareta, jaka kaczka! Nie mów, że sam to wszystko zrobiłeś?

Henryk skromnie spuścił wzrok i wygładził serwetkę obok swojego talerza.

— A któż inny? Oczywiście wszystko domowe, przygotowane własnymi rękami. Dla bliskich przyjaciół niczego mi nie szkoda. Siadajcie, czujcie się jak u siebie.

Marta weszła do pokoju. Poczuła, jak gorąco uderza jej do twarzy.

— Dobry wieczór — powiedziała wyraźnie, celowo podnosząc głos.

Wszyscy odwrócili głowy, jakby dopiero teraz odkryli, że w mieszkaniu przebywa jeszcze ktoś.

— Ach, Martusiu, dobry wieczór — rzucił mimochodem Bogdan. — Ładnie wyglądasz, wypiękniałaś.

— Dziękuję. Panie Henryku — Marta spojrzała teściowi prosto w oczy. — Może pomoże mi pan przynieść sosjerki z gorącymi sosami? Te, które skończyłam przygotowywać pół godziny temu.

Henryk posłał jej chłodne, ostrzegawcze spojrzenie, lecz niemal od razu znów uśmiechnął się do gości.

— Naturalnie, moja droga. Zaraz się wszystkim zajmiemy. Wy tymczasem siadajcie.

Marta podeszła do Pawła, który bez wyraźnego powodu stał przy oknie i przestępował z nogi na nogę.

— Słyszałeś? — szepnęła. — Powiedział, że wszystko ugotował sam.

— Marta, po co łapiesz go za każde słowo? — syknął Paweł. — Tata chce zrobić dobre wrażenie na znajomych. Co ci to odbiera? Wszyscy rozumieją, że mu pomagałaś.

— Nie pomagałam mu. Zrobiłam sama absolutnie wszystko, od pierwszej obranej cebuli po ostatni listek natki.

— Ciszej, już na nas patrzą. Usiądźmy lepiej.

Okazało się jednak, że znalezienie miejsca dla Marty nie będzie proste.

Goście zaczęli zajmować krzesła. Stół rozłożono na całą długość, a mimo to w salonie panował ścisk. Bogdan wybrał najlepsze miejsce przy oknie. Jego żona ostrożnie usiadła obok i oparła laskę o parapet. Witold zajął krzesło naprzeciwko. Henryk zasiadł u szczytu stołu, plecami do starego kredensu pełnego kryształowych kieliszków.

Pozostały dwa wolne miejsca. Jedno znajdowało się obok Pawła, drugie w odległym kącie przy drzwiach. To drugie było tak ciasno wciśnięte między ścianę a przejście, że każda osoba idąca do kuchni musiałaby potrącać siedzącego.

Paweł bez zastanowienia usiadł obok ojca.

Marta podeszła do stołu. Nie miała gdzie spocząć. Miejsca przy blacie jeszcze trochę było, ale w salonie stało tylko pięć krzeseł.

— No proszę, kłopot — przeciągnął Henryk, rozglądając się po zebranych. — Brakuje nam jednego krzesła. Pawełku, przynieś taboret z kuchni.

Paweł już zamierzał wstać, lecz ojciec położył mu dłoń na ramieniu.

— Chociaż nie, zaczekaj… Gdzie go postawimy? Witoldowi i tak jest ciasno, a to przecież duży mężczyzna. Bogdan też potrzebuje trochę przestrzeni.

Zapadła nieprzyjemna cisza. Wszyscy spojrzeli na Martę, która wciąż stała z butelką wody mineralnej w ręku.

— Co w takim razie pan proponuje? — zapytała.

Teść uśmiechnął się z udawanym współczuciem, takim samym, z jakim lekarze przekazują złe wiadomości.

— Martusiu, jesteś gospodynią, młodą i sprawną. Nam, starszym ludziom, trudno będzie siedzieć łokieć przy łokciu. Poza tym ktoś powinien doglądać gości: przynosić półmiski, zabierać talerze, podać gorące danie.

— I co dalej? — spytała Marta, ściskając butelkę tak mocno, że cienki plastik głośno zatrzeszczał.

— Może na razie usiądziesz w kuchni? Masz tam mały stolik, całkiem przytulny. Spokojnie coś zjesz, kiedy my wzniesiemy pierwsze toasty. Potem przyniesiesz herbatę, a na deser na pewno cię zawołamy. Przy okazji dopilnujesz, żeby gorące potrawy nie wystygły.

W salonie zrobiło się tak cicho, że można było usłyszeć tykanie zegara. Bogdan nagle zaczął z wielkim zainteresowaniem oglądać własne paznokcie. Jego żona opuściła wzrok na talerz. Witold pochylił się nad butelką wina, jakby etykieta okazała się najważniejszym tekstem, jaki kiedykolwiek czytał.

Marta spojrzała na męża. Paweł wpatrywał się w pusty talerz i pracowicie rozkruszał palcami kawałek chleba.

— Pawle? — odezwała się.

Nie poruszył się.

— Twój ojciec proponuje, żebym spędziła sylwestrowy wieczór w kuchni jak wynajęta pomoc. Naprawdę nie zamierzasz nic powiedzieć?

Twarz Pawła poczerwieniała, a na szyi wystąpiły mu ciemne plamy. Przestraszonym wzrokiem spojrzał najpierw na ojca, potem na żonę.

— Tato, może jednak trochę się przesuniemy? — wymamrotał niepewnie. — Chyba da się znaleźć miejsce…

— Dokąd mamy się przesuwać, synu? — przerwał mu ostro Henryk. — Żona Bogdana już nie ma gdzie wyprostować nóg, a bolą ją kolana. Nie bądź samolubny. Marta wszystko rozumie. To rozsądna dziewczyna, bez zbędnych pretensji. Prawda, Marto? Nie zepsujesz przecież wszystkim wieczoru tylko dlatego, że zabrakło jednego krzesła.

Marta milczała, patrząc na męża. Czekała, aż wstanie, uderzy dłonią w stół i powie: „Tato, czy ty w ogóle słyszysz, co mówisz? To moja żona!”. Albo przynajmniej bez słowa odda jej swoje miejsce.

Paweł jednak siedział dalej. Wziął widelec i sięgnął po sałatkę.

— Marta, tu naprawdę jest ciasno — powiedział niemal szeptem. — Zjedz najpierw w kuchni, później coś wymyślimy. Tylko proszę, nie rób sceny.

Właśnie wtedy coś w niej pękło. Jakby przepalił się ostatni bezpiecznik, który przez lata powstrzymywał nagromadzony gniew i zmuszał ją do zachowywania pozorów.

— Sceny? — powtórzyła zadziwiająco spokojnie. — Nie martw się, kochanie. Nie zamierzam urządzać żadnej sceny.

Postawiła wodę mineralną na brzegu stołu.

Wzięła głęboki oddech. Zmęczenie, które jeszcze przed chwilą ciążyło jej w każdej kości, nagle zniknęło.

Podeszła do Witolda i podniosła duży owalny półmisek z galaretą, który sama ustawiła przed nim kilka minut wcześniej.

— Przepraszam — powiedziała uprzejmie.

— A to co? — zdziwił się Witold, unosząc brwi.

Marta nie odpowiedziała. Odwróciła się i zaniosła półmisek do kuchni. Po chwili wróciła po salaterkę z jajkami przepiórczymi.

— Marta! — głos Henryka podskoczył o kilka tonów. — Co ty wyprawiasz? Natychmiast odstaw to na miejsce!

Nie spojrzała nawet w jego stronę. Poruszała się spokojnie i metodycznie, jak precyzyjnie zaprogramowana maszyna. Za sałatką do kuchni powędrowała deska z drogimi serami i domowym schabem. Wszystkie składniki Marta kupiła za własną kwartalną premię.

— Pawle, zatrzymaj ją! Ona oszalała! — niemal zapiszczał teść.

Mąż zerwał się tak gwałtownie, że widelec spadł na podłogę.

— Marta, wystarczy! Kpisz sobie? Mamy gości przy stole!

Marta wróciła po główne danie. Pośrodku stołu stała wielka, pachnąca kaczka o chrupiącej, złocistej skórce. Przez prawie dobę trzymała ją w marynacie, a później piekła przez cztery godziny.

Pewnie ujęła ciężki półmisek.

— To nie zostało przygotowane dla was — powiedziała spokojnie, patrząc w szeroko otwarte ze wzburzenia oczy Henryka. — To jedzenie jest dla ludzi, którzy traktują mnie jak człowieka.

— Odstaw kaczkę! — ryknął teść, z trudem podnosząc się z krzesła. — Jesteś w moim domu!

— Mieszkanie należy do pana — zgodziła się Marta. — Ale produkty kupiłam ja. Ja też wykonałam całą pracę i poświęciłam swój czas.

Z tymi słowami zaniosła kaczkę do kuchni.

Tam zaczęła działać szybko i pewnie. Z dolnej szafki wyjęła pojemniki, które przywiozła ze sobą, rolkę folii aluminiowej oraz kilka mocnych toreb.

Kaczkę starannie owinęła trzema warstwami folii. Sałatki przełożyła do pudełek. Straciły przy tym trochę ze swojego wyglądu, ale teraz zupełnie jej to nie obchodziło. Butelkę drogiego koniaku kupioną przez Pawła oraz dwie butelki szampana, za które zapłaciła sama, wsunęła do dużej torby termicznej.

W drzwiach pojawił się Paweł. Jego twarz była niemal biała.

— Zwariowałaś? — wysyczał. — Goście są w szoku! Tata źle się poczuł, złapał się za serce! Natychmiast odnieś wszystko na stół!

Marta spokojnie zasunęła zamek torby.

— Jeśli chcesz zjeść kolację, przygotuj ją sobie. Albo poproś ojca. Ma obie ręce sprawne. Nic mu się nie stanie, gdy choć raz pokroi kiełbasę.

— Rozwiodę się z tobą! — wypalił Paweł, przekonany, że tym ją przestraszy. — Spróbuj tylko wyjść, a jutro składam pozew!

Marta zastygła. Przez kilka sekund przyglądała się człowiekowi, z którym spędziła ostatnie trzy lata. Był zły, zagubiony i urażony jak kapryśne dziecko, któremu nagle odebrano ulubioną zabawkę.

— Świetny pomysł, Pawle. Chyba właśnie dałeś mi najcenniejszy noworoczny prezent w całym naszym małżeństwie.

Minęła go, lekko zahaczając ramieniem. W salonie panowała martwa cisza. Pięcioro dorosłych ludzi siedziało przed pustymi talerzami. Na stole zostały tylko kawałki chleba i kilka plasterków świeżego ogórka, których Marta postanowiła nie zabierać.

Henryk oddychał ciężko i przyciskał dłoń do lewej strony piersi.

— Bezwstydna… — wychrypiał. — Ośmieszyłaś mnie… przed porządnymi ludźmi…

Marta zatrzymała się pośrodku salonu. Obie ręce miała zajęte ciężkimi torbami pełnymi jedzenia. Uważnie spojrzała na ucichłych gości.

— Szanowni państwo — powiedziała głośno i wyraźnie. — Pan Henryk bardzo chciał zaprezentować wam własną gościnność. Niestety skończyła się dokładnie w chwili, w której zaczęło się moje poczucie godności.

Podeszła do stołu i zabrała sosjerkę, o której wcześniej zapomniała.

— Życzę smacznego przy pustych talerzach. Herbatę zapewne potraficie zaparzyć samodzielnie. Kuchnia, jak sam pan zauważył, panie Henryku, jest zapleczem roboczym. Wygląda więc na to, że właśnie tam będzie panu najwygodniej.

Marta wyszła z budynku w mroźną sylwestrową noc. Świeży śnieg skrzypiał pod podeszwami jej kozaków. Zimne powietrze szczypało policzki, lecz wydawało się niezwykle czyste, świeże, niemal słodkie.

Ciężkie torby boleśnie ciągnęły ręce ku ziemi, a mimo to wewnątrz czuła zdumiewającą lekkość. Tak wolna nie była od wielu lat.

Postawiła pakunki na ośnieżonej ławce przed blokiem, wyjęła telefon i wybrała dobrze znany numer.

— Halo, mamo? — jej głos zadrżał, lecz nie od płaczu. Z trudem powstrzymywała śmiech.

— Martusiu? Dlaczego dzwonisz o tej porze? Coś się stało? Przecież powinniście już świętować — matka mówiła sennie, ale w jej tonie natychmiast pojawił się niepokój.

— Mamo, plany się zmieniły. Jadę do was. Tata jeszcze nie śpi?

— Gdzie tam, siedzi przed telewizorem. Córeczko, pokłóciliście się z Pawłem?

— Nie tylko się pokłóciliśmy. Chyba wreszcie się obudziłam. Wstawiajcie wodę na herbatę. Chociaż nie, lepiej od razu wyjmijcie największe talerze. Przywiozę kaczkę. Ogromną, soczystą, z chrupiącą skórką. I kilka pudełek sałatek.

— Matko jedyna, skąd ty to wszystko masz?

— Zabrałam od teścia — roześmiała się Marta, spoglądając na oświetlone okna trzeciego piętra, za którymi prawdopodobnie rozgrywała się właśnie tragedia o rozmiarach narodowych. — Odebrałam swój wkład w cudze rodzinne szczęście. Będę za jakieś dwadzieścia minut.

Przed blok bezgłośnie podjechała srebrna taksówka. Marta ułożyła torby na tylnym siedzeniu i usiadła obok, przyciskając do siebie wciąż ciepły pakunek z kaczką.

— Dokąd jedziemy? — zapytał kierowca, zerkając na nią w lusterku. — Widzę, że z prowiantem. Uciekła pani z przyjęcia?

— Nie uciekłam — uśmiechnęła się Marta i szczelniej otuliła płaszczem. — Po prostu przeniosłam święto tam, gdzie nic mu nie grozi. Proszę jechać.

Samochód powoli ruszył, pozostawiając za sobą blok, w którym przy pustym stole nadal siedziało pięcioro dorosłych ludzi. Teraz nie mieli już czym zasłonić własnej obojętności ani pustki, którą tak długo maskowali eleganckimi kieliszkami, drogim alkoholem i cudzą pracą.

Marta patrzyła przez szybę na kolorowe girlandy rozświetlające okna kolejnych domów i wiedziała z całkowitą pewnością, że ten Nowy Rok będzie najsmaczniejszy, najbardziej wolny i najszczęśliwszy w jej życiu. A przede wszystkim — najuczciwszy.

Po raz pierwszy od bardzo dawna postawiła własną godność wyżej niż cudzą wygodę. Świat się od tego nie zawalił. Przeciwnie, nocne niebo wydało jej się czystsze, szersze i znacznie wyższe niż kiedykolwiek wcześniej.

— Może zjesz na razie w kuchni? — zaproponował teść synowej, zadowolonym wzrokiem obejmując wystawny stół, który przygotowała zupełnie sama
Aby poprosić swoją narzeczoną o rękę, pan młody musiał skorzystać z drabiny…