Sprzedawczyni zmierzyła Nelę powolnym spojrzeniem od czubka głowy po buty. W kąciku jej ust pojawił się chłodny grymas.
Przez ułamek sekundy omal nie użyłam starego przezwiska. Powstrzymałam się. „Orzeszek” należał do Michała. Tylko do niego.
W witrynie butiku przy ulicy Klonowej wisiała suknia, którą wyobrażałam sobie na Neli od chwili, gdy zobaczyłam ją przez szybę samochodu. Miała kolor kości słoniowej, była lekka, miękka i wyglądała jak coś z baśni.
Nela stała przed nią długo. A potem, po raz pierwszy od wielu miesięcy, odezwała się głosem, w którym zabrzmiała dawna dziewczyna.
— Czy mogłabym przymierzyć tę z wystawy?
Ekspedientka ponownie przesunęła po niej wzrokiem. Zatrzymała spojrzenie na jej sylwetce i zacisnęła usta.
— Skarbie, ten fason nie jest dla ciebie. Jesteś na niego za duża.
Tylko tyle.
Bez przeprosin.
Bez próby złagodzenia słów.
Jedno nagie zdanie, które uderzyło mocniej niż policzek.
Nela nie zapłakała.
Nie zaprotestowała.
Odwróciła się, wyszła ze sklepu i bez jednego słowa usiadła na miejscu pasażera.
Dogoniłam ją z drżącymi rękami. Kluczyki niemal wypadły mi z palców.
Przez całą drogę patrzyła prosto przed siebie.
— Nela… tak strasznie mi przykro. Wrócę tam i powiem tej kobiecie, co o niej myślę…
— Jedź, proszę.
— Nela…
— Po prostu jedź.
Ani razu nie oderwała wzroku od szosy. Zerkałam na nią co chwilę, czekając, aż pęknie. Że pojawi się płacz, krzyk, cokolwiek.
Nie pojawiło się nic.
I właśnie to milczenie przerażało mnie bardziej niż łzy.
Po powrocie weszła do domu, powoli wspięła się po schodach i zamknęła drzwi swojego pokoju.
Sekundę później usłyszałam obracany klucz.
Oparłam czoło o drewno i próbowałam płakać bezgłośnie, żeby mnie nie usłyszała.
Po chwili usiadłam na dywanie w korytarzu, plecami opierając się o drzwi.
— Nela, otwórz mi, proszę.
— Nie idę na bal, mamo.
— Znajdziemy coś. Możemy zlecić uszycie sukni. Możemy nawet spróbować zrobić ją same…
— Mamo. Przestań.
Jej głos był pusty i wyczerpany, jakby nie miała już siły walczyć nawet o oddech.
— Nigdy tam nie pójdę. Proszę… nie próbuj więcej.
Przycisnęłam czoło do drzwi i rozpłakałam się tak cicho, jak potrafiłam.
Jedno dziecko już pochowałam.
A teraz czułam, że tracę drugie. Nie gwałtownie, lecz powoli — jakby znikało pod szczeliną drzwi, poza zasięgiem moich rąk.
Nie wiedziałam, jak ją ocalić.
Nie pamiętam, jak długo siedziałam na korytarzu.
Wystarczająco długo, by nogi całkiem mi zdrętwiały.
Wystarczająco długo, by popołudniowe światło zmieniło się w wieczorny półmrok.
Kilka dni później ktoś zapukał do drzwi.
Otworzyłam w tych samych ubraniach, które miałam na sobie poprzedniego dnia.
Na ganku stał Kuba.
Miał spraną bluzę z kapturem, a do piersi przyciskał mały szkicownik. Wyglądał na zdenerwowanego, lecz jednocześnie biła od niego determinacja, jakiej nigdy wcześniej u niego nie widziałam.
— Pani Majewska… moglibyśmy przez chwilę porozmawiać na zewnątrz?
Wyszłam za nim i ostrożnie domknęłam drzwi.
— Czy z Nelą wszystko w porządku? Pisała do ciebie?
Pokręcił głową.
— Nie, proszę pani.
Nabrał głęboko powietrza.
— Potrzebuję jej wymiarów.
— Kuba… co ty mówisz?
— Do balu zostały dwa tygodnie.
Zamilkł na moment.
— Dam radę.
Spojrzał mi prosto w oczy.
— Wiem, że to brzmi jak szaleństwo. Ale musi mi pani zaufać. I najważniejsze… Nela nie może się o niczym dowiedzieć. Ani słowa.
Patrzyłam na chłopca, którego znałam od dziecka. Na chłopaka z domu stojącego dwa budynki dalej.
Miał siedemnaście lat.
Obgryzione paznokcie.
A szkicownik trzymał tak mocno, jakby ściskał umowę, od której zależy cały świat.
— Kuba… przecież nigdy w życiu nie uszyłeś sukni balowej.
Tamtej nocy długo stałam przy kuchennym oknie.
W pokoju Kuby światło paliło się jeszcze po trzeciej nad ranem.
Nie zgasło nawet na chwilę.
— Nie, proszę pani. Nigdy nie szyłem czegoś takiego.
— Więc jak zamierzasz…
— Potrzebuję tylko, żeby powiedziała pani „tak”.
Byłam o krok od odmowy.
Miałam dziesiątki rozsądnych powodów.
Jednak w jego oczach dostrzegłam coś, czego nie powinien posiadać siedemnastoletni chłopak. Spokój. Pewność. Siłę, której ja sama nie potrafiłam odnaleźć od śmierci Michała.
— Dobrze — wyszeptałam. — Zgadzam się.
Tej samej nocy znów stałam przy kuchennym oknie i obserwowałam światło w pokoju Kuby. Paliło się długo po trzeciej.
Zastanawiałam się, na co właściwie właśnie wyraziłam zgodę.
Trzeciego dnia zadzwoniła jego mama.
Światło w oknie Kuby zdążyło stać się moim nowym zegarem.
Północ.
Druga nad ranem.
Trzecia.
Często stałam przy zlewie, patrząc na jedyny oświetlony pokój przy całej ulicy, kiedy wszyscy inni już spali.
Trzeciego dnia rozległ się dzwonek telefonu.
— Agnieszka — odezwała się Dorota zmęczonym głosem. — On ma całe palce pokłute i poobcierane. Przykładałam mu zimne kompresy, ale natychmiast je zdjął. Opuścił nawet sprawdzian z chemii.
Zamknęłam oczy.
— Powinnam go powstrzymać?
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
— Nie sądzę, żeby ktokolwiek był teraz w stanie go zatrzymać — odpowiedziała cicho. — Siedzi przy maszynie od czasu, gdy po raz pierwszy dosięgnął stopą pedału. Przecież dobrze o tym wiesz.
