— Proszę usiąść, pani Julio — powiedziała Elżbieta Wrona, wskazując krzesło. — Przepraszam, że wezwałam panią w ten sposób. Nie mogłam jednak przekazać tych informacji telefonicznie. Przepisy wymagają osobistego powiadomienia małżonka, gdy podczas automatycznego porównywania rejestrów państwowych zostaje wykryta niezgodność dotycząca tożsamości.
— Jaka niezgodność? — zapytała Julia. — Co właściwie się stało?
Ściskała torebkę tak mocno, że jej palce zupełnie pobielały.
Urzędniczka zaczerpnęła powietrza i powoli otworzyła teczkę.
— Po zakończeniu wczorajszej ceremonii dane państwa małżeństwa zostały przekazane do centralnego rejestru.
Poprawiła okulary, po czym obróciła monitor w stronę Julii.
— Nastąpiło automatyczne zestawienie informacji z bazą Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, administracji skarbowej oraz Generalnego Inspektora Informacji Finansowej. System odnalazł zgodność z jednym z aktywnych ostrzeżeń bezpieczeństwa. Proszę uważnie spojrzeć na ekran.
Julia zobaczyła skan dowodu osobistego Marka. Zdjęcie przedstawiało człowieka, którego znała. Zgadzała się data urodzenia, imiona i wszystkie widoczne szczegóły dokumentu.
Inne było tylko nazwisko przypisane w rejestrze do tego samego numeru.
— Niczego nie rozumiem — wyszeptała. — Co to oznacza?
Elżbieta cofnęła dłonie z blatu, jakby obawiała się, że siedząca naprzeciwko kobieta za chwilę straci nad sobą panowanie.
— Oznacza to, że mężczyzna, którego wczoraj pani poślubiła, posłużył się dokumentem zgłoszonym jako utracony. Od trzech lat figuruje on w systemie jako skradziony.
Julia patrzyła na urzędniczkę, lecz słowa docierały do niej z opóźnieniem.
— Prawdziwy Marek Andrzej Sobczak, urodzony w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym siódmym roku i zameldowany w Rzeszowie, zgłosił utratę dokumentów we wrześniu dwa tysiące dwudziestego pierwszego roku. Otrzymał później nowy dowód. Natomiast pani mąż…
Elżbieta zawahała się, szukając właściwego określenia.
— Mężczyzna przedstawiający się jako Marek Sobczak nie ma ustalonej tożsamości. W oficjalnych rejestrach nie wiemy, kim naprawdę jest.
W pokoju zaległa cisza tak głęboka, że Julia słyszała szum własnej krwi, jednostajne buczenie starego wentylatora pod sufitem i każdy nierówny oddech wydobywający się z jej piersi.
— To niemożliwe — powiedziała z trudem. — Znam go od dwóch lat. Poznałam jego rodziców. Spotykałam się z jego przyjaciółmi. Wiem, gdzie pracuje. Znam całe jego życie.
— Poznała pani osoby, które przedstawił jako swoich rodziców — odparła urzędniczka łagodnie, ale stanowczo. — Skontaktowaliśmy się z rodziną prawdziwego Marka Sobczaka. Mieszkają na Podkarpaciu. Potwierdzili, że ich syn od trzech lat pracuje w systemie zmianowym w stoczni w Świnoujściu. Nigdy nie zawarł małżeństwa i nie zna pani.
Julia wbiła palce w krawędź biurka. Paznokcie przesunęły się po drewnie, lecz nawet tego nie poczuła.
W jej pamięci zaczęły pojawiać się szczegóły, które wcześniej wydawały się nieważne.
Marek zawsze sam wypełniał karty meldunkowe w hotelach.
Nigdy nie pozwolił jej wejść do mieszkania, w którym rzekomo mieszkał przed ich poznaniem. Twierdził, że wynajął je na kilka lat i nie ma już do niego kluczy.
Sam zajmował niewielkie lokum na Mokotowie, mówiąc, że to rozwiązanie tymczasowe, dopóki nie kupią wspólnego domu.
Za każdym razem, gdy Julia proponowała spotkanie z jej wujkiem pracującym w policji, Marek w ostatniej chwili znajdował powód, by je odwołać.
Raz zachorował. Innym razem musiał nagle wyjechać służbowo. Później tłumaczył, że po prostu nie lubi funkcjonariuszy, ponieważ w młodości niesłusznie dostał mandat.
Wszystko, co wcześniej uznawała za dziwactwa, nagle zaczęło układać się w przerażająco logiczną całość.
— Gdzie on teraz jest? — zapytała, ledwie poruszając ustami.
— Nie mamy uprawnień, żeby go zatrzymać — odpowiedziała Elżbieta i podała Julii małą kartkę. — Sprawa została już przekazana policji. Proszę natychmiast zadzwonić pod ten numer. Prowadzący czynności czeka na kontakt od pani. I niezależnie od tego, co się wydarzy, proszę nie wracać sama do hotelu.
Julia wzięła kartkę, ale telefon wysunął się z jej drżących dłoni i uderzył o podłogę.
Kiedy pochyliła się, żeby go podnieść, ekran rozświetlił się. Nadeszła wiadomość od Marka.
„Kochanie, długo jeszcze? Zamówiłem śniadanie do pokoju. Racuchy z jabłkami i cynamonem już na ciebie czekają, ale zaczynają stygnąć. Całuję”.
Julii zrobiło się niedobrze.
Przed oczami stanęła jej twarz Marka zaledwie sprzed kilku godzin. Spokojna, łagodna, pozbawiona jakiegokolwiek śladu lęku. Przypomniała sobie jego ciepłe spojrzenie, uśmiech i pewny głos, który zawsze sprawiał, że czuła się przy nim bezpiecznie.
Teraz dowiadywała się, że człowiek ten nie tylko ją okłamywał. On prawdopodobnie w ogóle nie miał przeszłości, którą można byłoby potwierdzić.
— Proszę spróbować spokojnie oddychać — powiedziała Elżbieta.
Jej głos dochodził do Julii jakby z drugiego końca długiego tunelu.
— Funkcjonariusze zaraz tu będą. Czy wie pani, czy mąż ma przy sobie dokumenty?
