— Wzięłam wolne. Powiedziałam, że źle się czuję.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
— Marta, przestań się obrażać i wracaj. Porozmawiamy jak ludzie.
— O czym, Paweł? O tym, że twoja matka nie uważa mnie za człowieka?
— Daj spokój. Mama po prostu taka jest. Ona potrzebuje czasu.
— Pięć lat to mało?
— Marta, nie rób z tego wielkiej sprawy. Przecież mamy jedną rodzinę.
— Ty masz jedną rodzinę. Ja, jak się okazuje, nie mam żadnej.
Rozłączyła się. Teresa bez słowa podała jej chusteczkę.
— Popłacz, dziecko. Czasem pomaga.
Ale łzy nie przyszły. W środku była tylko pustka i dziwne, ciche uczucie ulgi. Jakby ktoś zdjął jej z ramion ciężar, który nosiła tak długo, że przestała go zauważać.
Rano Teresa poszła na targ po zakupy. Marta została w mieszkaniu z córką.
Bawiły się w dom, czytały książeczki i lepiły z plasteliny małe, krzywe zwierzątka. Zuzia była szczęśliwa, bo babcia pozwalała jej na wszystko to, czego w drugim domu zabraniała druga babcia.
— Mamusiu, czemu nie jesteśmy u nas? — zapytała dziewczynka przy obiedzie.
— Jesteśmy u babci Teresy, w gościach.
— Długo tu będziemy?
— Nie wiem, skarbie.
— A tata przyjedzie?
Marta spojrzała na córkę. Taka mała, a już wyczuwała napięcie, którego dorośli próbowali nie nazywać.
— Tata pracuje. Ale kocha nas, pamiętaj.
— A babcia Halinka nas kocha?
Marta poczuła ciężki oddech, którego nie umiała zatrzymać.
— Ciebie kocha. Jesteś jej wnuczką.
— A ciebie?
Nie wiedziała, co odpowiedzieć. Jak wytłumaczyć trzylatce, że dorośli potrafią ranić bez powodu, a czasem właśnie dlatego, że ktoś pozwala im ranić zbyt długo?
— Może pobawimy się w chowanego? — zaproponowała.
Zuzia klasnęła w dłonie i pobiegła szukać kryjówki.
Wieczorem Paweł zadzwonił znowu.
— Marta, mama chce cię przeprosić.
— Naprawdę?
— Tak. Zrozumiała, że źle się zachowała.
— A co dokładnie zrozumiała?
— No, że nie powinno się tak mówić. Że jesteś członkiem rodziny.
Marta pokręciła głową, choć mąż nie mógł tego zobaczyć.
— Paweł, ona chce przeprosić, bo ją do tego zmusiłeś. Nie dlatego, że sama cokolwiek pojęła.
— Co za różnica? Ważne, że jest gotowa przeprosić.
— Różnica jest ogromna. To znaczy, że za jakiś czas wszystko wróci.
— Nie wróci. Rozmawiałem z nią bardzo poważnie.
— I co jej powiedziałeś?
Paweł zamilkł na moment.
— Powiedziałem, że jesteś moją żoną. I że ma cię szanować.
— Ma mnie szanować na rozkaz?
— Marta, czemu się czepiasz? Przecież stoję po twojej stronie.
— To dlaczego przez pięć lat milczałeś? Dlaczego pozwalałeś, żeby mnie upokarzała?
— Nie pozwalałem…
— Pozwalałeś, Paweł. Swoim milczeniem pozwalałeś.
W tle dało się usłyszeć głos Haliny:
— Powiedz jej, że zrobiłam zupę! Jej ulubioną, z pulpetami!
Marta zamknęła oczy. Nawet teraz teściowa nie potrafiła po prostu przeprosić. Musiała od razu pokazać swoją rzekomą troskę, jakby miska zupy mogła zakleić wszystkie pęknięcia.
— Paweł, muszę pomyśleć.
— Nad czym tu myśleć? Przyjedź jutro i będzie po wszystkim.
— Nie będzie po wszystkim — powiedziała cicho Marta. — Ja już tak nie umiem.
— Co to znaczy, że nie umiesz?
— Nie umiem mieszkać w domu, w którym nikt mnie nie szanuje. Nie chcę wychowywać córki w ciągłym napięciu.
— Marta, o czym ty mówisz?
— O tym, że potrzebuję czasu. Żeby pomyśleć o nas, o małżeństwie, o przyszłości.
Zapadła cisza. Dopiero po chwili Paweł zapytał:
— Chcesz rozwodu?
— Nie wiem. Może.
— Przez mamę?
— Nie przez mamę, Paweł. Przez ciebie. Przez to, że ani razu przez pięć lat nie stanąłeś w mojej obronie.
Odłożyła telefon i go wyłączyła. Dłonie wciąż jej drżały, ale w sercu zrobiło się spokojniej.
Teresa wróciła z targu obładowana siatkami.
— Pomóż mi to rozpakować — poprosiła. — Wzięłam więcej mięsa, zrobimy kotlety. Zuzia je lubi.
Marta w milczeniu pomagała układać produkty. Mięsa było naprawdę dużo. Wystarczyłoby dla wszystkich i jeszcze zostałoby na następny dzień.
— Mamo, jak myślisz, co w rodzinie jest najważniejsze?
Teresa zastanowiła się chwilę.
— Chyba miłość. I szacunek. Bez tego rodziny nie ma.
— A jeśli jednego brakuje?
— Wtedy to już nie rodzina, tylko męka.
Marta skinęła głową. Mama zawsze potrafiła powiedzieć najważniejsze rzeczy tak prosto, że nie dało się przed nimi uciec.
Wieczorem oglądały z Zuzią bajki. Dziewczynka siedziała między mamą a babcią, wtulona w miękki koc na kanapie. W mieszkaniu było ciepło, zwyczajnie i spokojnie.
— Mamusiu, pojedziemy jutro do domu? — zapytała Zuzia przed snem.
— Może — odpowiedziała Marta. — A ty byś chciała?
— Nie bardzo. Tu jest lepiej, babcia jest dobra.
Dzieci czują więcej, niż dorosłym się wydaje. Zuzia wyraźnie wybierała atmosferę mieszkania Teresy, w którym nikt nie mówił podniesionym głosem i nikt nie kazał nikomu udowadniać, że zasługuje na miejsce.
Rano Martę obudził dzwonek do drzwi. Na progu stał Paweł z bukietem kwiatów.
— Cześć — powiedział niepewnie. — Mogę wejść?
Teresa wpuściła zięcia i poszła nastawić wodę na herbatę. Zuzia natychmiast rzuciła się ojcu na szyję.
— Tatusiu! Przyjechałeś!
— Jasne, że przyjechałem, księżniczko. Tęskniłem za tobą.