— Kasiu, nie musisz już pakować kostiumów kąpielowych. Krem przeciwsłoneczny też odłóż na miejsce, bo nie będzie nam potrzebny. Właściwie możesz niczego nie składać. Zamknij walizkę i schowaj ją z powrotem na pawlacz.
Katarzyna zastygła pośrodku sypialni, ściskając w dłoniach jaskrawożółtą panamę jednego z synów. Przez kilka sekund nawet nie drgnęła. Potem bardzo powoli wyprostowała się nad otwartą walizką, która zajmowała niemal połowę małżeńskiego łóżka. Jej rozchylone połówki przypominały ogromną paszczę, do której przez cały wieczór starannie wkładała wszystko, co miało być potrzebne podczas długo wyczekiwanego wyjazdu.
W środku leżały już równo ułożone szorty bliźniaków, jej lekkie letnie sukienki, koszulki oraz kąpielówki kupione niedawno dla Marka, znalezione tydzień wcześniej na wyprzedaży. Do odlotu pozostawało niewiele ponad dwanaście godzin. Taksówkę na lotnisko zamówiła na czwartą rano, a całe mieszkanie wypełniała ta szczególna podróżna gorączka, kiedy człowiekowi wydaje się, że nawet powietrze pachnie walizkami, drogą i bliskim morzem.
— Marek, bardzo zabawne — powiedziała, próbując się uśmiechnąć, choć usta niespodziewanie jej zadrżały. Położyła dziecięcą panamę na starannie złożonych koszulkach. — Chcesz żartem rozładować moje nerwy? I tak jestem cała spięta. Olek od rana kaszle, martwię się, żeby przed lotem się nie rozchorował. Idź lepiej jeszcze raz sprawdzić, czy wszystkie dokumenty są w teczce.
Marek stał w progu sypialni, oparty ramieniem o framugę. Z boku mógł wyglądać na człowieka całkowicie spokojnego, panującego nad sytuacją. Katarzyna znała go jednak od siedmiu lat i umiała rozpoznać każdy fałsz w jego zachowaniu. Ramiona skrzyżował zbyt mocno, jakby obejmował sam siebie i ukrywał dłonie pod pachami. Miał na sobie ulubiony, stary domowy T-shirt, lecz jego twarz nie pasowała do zwyczajnego wieczornego nastroju. Wyglądał tak, jakby przyszedł przekazać złą wiadomość. Najbardziej niepokoiło ją to, że uparcie patrzył w dół, na listwę przypodłogową, byle tylko nie spotkać się z jej wzrokiem.
— Nie żartuję, Kasiu — powiedział sucho. Jego głos był dziwnie równy, jakby wcześniej nauczył się całej wypowiedzi na pamięć. — To nie jest żaden dowcip. Nigdzie nie lecimy. Jakieś pół godziny temu odwołałem hotel i złożyłem wniosek o zwrot biletów. Taksówkę też anulowałem.
Katarzyna poczuła, jakby coś nagle wyłączyło się w jej wnętrzu. Wszystkie emocje zniknęły, ustępując miejsca lodowatemu, niemal paraliżującemu niedowierzaniu. Powoli usiadła na brzegu łóżka, prosto na wyprasowanych koszulach, które zamierzała schować do walizki. Sens jego słów nie chciał się ułożyć w żadną logiczną całość. Wszystko przypominało absurdalny sen, z którego za chwilę powinna się obudzić.
— Co znaczy „odwołałem”? — zapytała cicho, nie odrywając od niego wzroku. — Marek, ty w ogóle słyszysz, co mówisz? Przygotowywaliśmy ten wyjazd przez cały rok. Odkładaliśmy każdą wolną złotówkę. Dzieci potrzebują morskiego powietrza, doskonale wiesz, co mówił pulmonolog. A bilety były bezzwrotne. Możemy stracić ogromne pieniądze!
— Niczego nie stracimy, jeśli wreszcie zaczniemy myśleć, zamiast kierować się samymi emocjami — odparł.
Odepchnął się od framugi i wszedł do pokoju, ale nie podszedł bliżej łóżka. Otwarta walizka najwyraźniej wzbudzała w nim taką ostrożność, jakby była czymś niebezpiecznym.
— Po prostu zmieniłem priorytety. To nie jest czas na bezsensowne wyrzucanie pieniędzy. Wszędzie jest niestabilnie, wszystko drożeje, a my chcieliśmy wydać dwadzieścia pięć tysięcy złotych po to, żeby przez tydzień leżeć na plaży, grzać tyłki na piasku i płacić tureckim animatorom. To nie jest normalne. To finansowa nieodpowiedzialność. Zwykła niedojrzałość, Kasiu.
— Niedojrzałość? — Katarzyna gwałtownie wstała.
Z jej głosu zniknęło oszołomienie. Każde słowo brzmiało teraz chłodno i twardo.
— Uważasz, że troska o zdrowie własnych dzieci jest niedojrzałością? Mój pierwszy prawdziwy urlop od trzech lat też? Marek, gdzie są pieniądze? Skoro odwołałeś rezerwację, część kwoty powinna wrócić. Gdzie są nasze pieniądze?
W tej samej chwili z kuchni dobiegł charakterystyczny brzęk metalowej łyżeczki uderzającej o porcelanową filiżankę. Chwilę później rozległy się powolne, szurające kroki.
Za plecami Marka pojawiła się jego matka, Teresa.
Trzymała oburącz filiżankę gorącej kawy, jakby niosła przed sobą cenną nagrodę. Na jej twarzy zastygł dobrze Katarzynie znany, pobłażliwy wyraz. Tak patrzy człowiek całkowicie przekonany o własnej mądrości, który właśnie uratował innych przed strasznym błędem. Teresa przyjechała nawet w eleganckim kostiumie, chociaż jeszcze godzinę wcześniej tłumaczyła swoją wizytę chęcią „zobaczenia wnuków przed daleką podróżą”.
— Marku, po co od razu mówisz do Kasi takim tonem? — odezwała się łagodnie, głębokim, niemal aksamitnym głosem, który zawsze wywoływał w Katarzynie wewnętrzne napięcie. — Ona po prostu nie potrafi jeszcze spojrzeć na sprawy szerzej. Chce przyjemności natychmiast, jak ta konik polny z bajki. To zwykła kobieca psychologia: wydać wszystko na ubrania, odpoczynek i rozrywki, a potem zostać bez grosza. My, ludzie starszego pokolenia, myślimy inaczej. O podstawach. O przyszłości.