Minął tydzień. Anna mieszkała u Agnieszki i spała na wąskiej kanapie w pracowni, między płótnami, słoikami z pędzlami i zapachem farb. Każdego ranka otwierała zeszyt i zapisywała myśli. Czasem urywały się po kilku słowach, czasem jedna krótka fraza zajmowała całą stronę.
— Dzisiaj dotarłaś do końca kartki. To już coś — zauważyła Agnieszka.
— Aga, na całej stronie są tylko trzy słowa: „To nie moja wina”.
— I bardzo dobrze. Pisz je tyle razy, ile trzeba, aż sama w nie uwierzysz. Potem przewrócisz kartkę.
Agnieszka prowadziła zajęcia plastyczne dla nastolatków i większość dnia spędzała w swojej pracowni. Anna zostawała sama, wychodziła na spacery, wracała, robiła kolację. Trzeciego dnia skręciła do parku i usiadła na ławce przy stawie.
— Proszę uważać, on liże wszystkich. Bez pytania i bez cienia wstydu.
Anna podniosła wzrok. Przed nią stał mężczyzna około czterdziestki, trochę niezdarny, w pogniecionej lnianej koszuli. Przy jej nogach kręcił się pulchny mops z miną stworzenia zachwyconego całym światem.
— Nic nie szkodzi. Lubię psy.
— On ma na imię Pączek. Proszę nie pytać dlaczego, bo to długa historia związana z pewnym kompletnie nieudanym smażeniem pączków. A ja jestem Marek.
— Anna.
— Pani Anno, mogę zostawić Pączka z panią na chwilę, kiedy pójdę po kawę? On już panią wybrał. A na ludziach zna się dużo lepiej ode mnie.
Anna roześmiała się, pierwszy raz od wielu dni tak naturalnie.
Marek wrócił z dwoma kubkami kawy. Siedzieli na ławce aż do wieczora, rozmawiając o rzeczach zupełnie nieistotnych: o mopsach, o parku i o sierpniowych zachodach słońca, które mają w sobie jakiś gorzkawy zapach suchej trawy.
Nie zapytał, czy ma męża. Nie próbował robić wrażenia. Nie naciskał na nic. Po prostu siedział obok — spokojnie, lekko, bez oczekiwań.
Kiedy odchodził, powiedział:
— Prawie co wieczór jesteśmy tutaj. Pączek jest niewolnikiem przyzwyczajeń. Jeśli będzie pani miała ochotę, proszę przyjść. Jeśli nie, Pączek to zrozumie. Ja też spróbuję.
Wieczorem Anna opowiedziała o nim Agnieszce.
— Aga, poznałam dziś dziwnego faceta. Ma mopsa o imieniu Pączek.
— Człowieka, który nazywa mopsa Pączek, raczej nie trzeba się bać. To oczywiście pewna diagnoza, ale z tych sympatycznych.
— Ja nie jestem gotowa na nic.
— I nie musisz. Po prostu spaceruj. Oddychaj. Przez dwanaście lat prawie tego nie robiłaś. Teraz uczysz się od początku.
Tymczasem telefon Anny niemal nie milkł. Piotr dzwonił kilka razy dziennie. Pierwsze wiadomości głosowe były ostre, pełne pretensji i rozkazującego tonu.
— Anna, co ty wyprawiasz? Wracaj do domu. Zuzia nie ma obiadu, lodówka pusta. Co to za dziecinna demonstracja?
Po trzech dniach brzmiał już inaczej.
— No dobra, wystarczy tych wygłupów. Samemu jest mi ciężko. Nie daję rady. Jesteś potrzebna w domu.
Anna nie odpowiadała. Nie dlatego, że chciała się zemścić. Rozumiała po prostu, że każde zdanie, które mu wyśle, może stać się haczykiem, za który spróbuje ją zaciągnąć z powrotem.
Napisała tylko jedno krótkie zdanie:
„Powiedz Zuzi, że ją kocham. Napiszę do niej osobno”.
I rzeczywiście napisała. Nie wiadomość w telefonie, ale prawdziwy list, ręcznie, na czterech stronach. Wyjaśniła, dlaczego odeszła. Napisała, że odejście nie jest zdradą rodziny, lecz próbą uratowania siebie, żeby kiedyś znów być prawdziwą mamą, a nie milczącym cieniem stojącym obok. Napisała też, że kocha córkę bardziej niż kogokolwiek na świecie i że nie zabrała jej od razu tylko dlatego, że człowiek rozbity na kawałki nie może być dla nikogo oparciem.
Odpowiedź przyszła po dwóch dniach.
Jedno słowo:
„Rozumiem”.
Anna przeczytała je chyba dwadzieścia razy, a potem wreszcie się rozpłakała. Tym razem były to jednak inne łzy. Nie gorzkie. Ciepłe. Takie, po których człowiek czuje, że w środku zrobiło się odrobinę więcej miejsca.
We wrześniu zapisała się na kurs florystyczny. Dłonie, które przez lata znały głównie garnki, ścierki i ciężkie torby z zakupami, nagle przypomniały sobie, że potrafią tworzyć coś pięknego.
Ku własnemu zdziwieniu zaczęła mówić do kwiatów. A kwiaty, w przeciwieństwie do Piotra, nigdy nie odpowiadały jej złośliwością.
Na kursie poznała panią Helenę, kobietę o srebrnych włosach i przenikliwym, bystrym spojrzeniu. Helena opiekowała się niewielką galerią sztuki przy sąsiedniej ulicy.
— Pani Anno, ma pani świetne wyczucie proporcji. Tego trudno się nauczyć. Albo człowiek to czuje, albo nie. Zajmowała się pani kiedyś aranżacją przestrzeni?
— Tylko kuchni. I jeśli wierzyć mojemu byłemu mężowi, raczej bez sukcesów.
— Byli mężowie są wyjątkowo niewiarygodnymi krytykami sztuki. Proszę przyjść do mojej galerii. Za trzy tygodnie otwieramy wystawę akwareli i potrzebuję kogoś, kto sprawi, że sale ożyją.
Anna przyszła.
Spędziła w galerii cały dzień. Ustawiała żywe kompozycje między obrazami, dobierała odcienie, przesuwała wazony, cofała się o krok, patrzyła jeszcze raz i poprawiała pojedyncze gałązki.
Kiedy skończyła, pani Helena obeszła wszystkie sale w milczeniu. Zatrzymała się przy każdej pracy, po czym odwróciła się do Anny.