Potem wjechaliśmy na taras widokowy. Miasto leżało pod nami morzem świateł. Wieże płonęły, samochody ciągnęły się lśniącymi nićmi, wszystko wydawało się nieskończone.
— Widzisz — powiedział Kamil — to miejsce uczy marzyć.
Patrzyłam w dół i czułam, jak zaciskają mi się palce. Chciałam trzymać czyjąś rękę, żeby nie wpaść w ten świecący wir. Kamil zrobił krok bliżej.
— Anno — wyszeptał.
Podniosłam oczy. Na moment znikło wszystko: miasto, szum, wysokość. Zostało tylko jego spojrzenie.
— Dziękuję — powiedziałam.
— Za co?
— Za to, że przypomniałeś mi, że jeszcze żyję.
Dotknął mojej dłoni lekko, jakby sprawdzał, czy jestem prawdziwa. I ten jeden dotyk wystarczył, by we mnie wszystko się przewróciło.
Późno w nocy odwiózł mnie do hotelu.
— Do jutra — powiedział. — Poranek przyniesie nowe kolory.
— Do jutra — powtórzyłam.
Kiedy zamknęły się za nim drzwi windy, stałam przed lustrem i myślałam: „To złe”. Ale drugi głos natychmiast szeptał: „A jeśli to szansa?”.
Za oknem huczało miasto, a w tym hałasie słyszałam wezwanie. Wezwanie losu, od którego nie umiałam już się odwrócić.
Następny poranek pachniał kardamonem i morzem. Obudziłam się przed budzikiem, jakby ciało wiedziało, że coś się zmieni. Na dole szumiało miasto, trąbiły samochody, krzyczały mewy, a serce biło niecierpliwie.
Kamil zadzwonił, gdy ledwie dopiłam kawę.
— Dzień dobry, królowo — powiedział tak, że zwykłe powitanie stało się komplementem. — Jakie plany?
— Tylko odpoczynek.
— W takim razie dziś ja jestem twoim odpoczynkiem. Szykuj się, będę za pół godziny.
Zmieszałam się, ale zgodziłam.
Słuchałam go oczarowana. Jego głos brzmiał jak muzyka. Zdawało się, że nawet słońce świeci inaczej, gdy on jest obok.
Przyjechaliśmy do małej kawiarni nad morzem. Pachniało smażoną rybą, świeżym chlebem i kawą. Kamil zamówił sam, pewnie i swobodnie.
— Spróbuj — powiedział, przysuwając talerz ze złocistym deserem. — Daktyle i orzechy. Mówią, że przynoszą szczęście.
Spróbowałam i roześmiałam się:
— Bardzo słodkie.
— Jak ty — odpowiedział.
W jego oczach mignął ogień.
Po obiedzie poszliśmy wzdłuż plaży. Fale leniwie przewracały się jedna po drugiej, niebo zrobiło się miękkie, perłowe. On mówił o bogactwie, o ludziach, którzy gonią za złotem i gubią samych siebie.
— A ty? — zapytałam. — Odnalazłeś siebie?
Uśmiechnął się krzywo.
— Szukam. Może dziś jestem bliżej niż wczoraj.
Czułam, że między nami rodzi się coś niebezpiecznego. Świat skurczył się do odgłosu jego kroków i ciepła dłoni, która niby przypadkiem muskała moją. W pewnej chwili zatrzymał się i spojrzał na mnie.
— Anno, wiesz, dlaczego jestem przy tobie?
Pokręciłam głową.
— Bo nie jesteś taka jak inne. Tu jest wiele kobiet — jasnych, głośnych, głodnych uwagi. A ty jesteś prawdziwa. Umiesz słuchać. Jesteś żywa.
Uśmiechnęłam się, ale w środku coś ukłuło. Zbyt piękne. Zbyt gładkie. Zauważył moje zawahanie i podszedł bliżej.
— Nie bój się. Niczego nie chcę oprócz twojego zaufania.
Wieczorem odwiózł mnie z powrotem i na pożegnanie podał mały woreczek.
— To amulet — powiedział. — Od złego oka. Żeby szczęście cię nie opuszczało.
W środku leżał jasnozielony, półprzezroczysty kamień.
— Dziękuję — wyszeptałam.
— Noś go — dodał. — Niech przypomina ci o mnie.
Kiedy weszłam do pokoju, ręce mi drżały. Położyłam amulet na szafce i długo na niego patrzyłam. Z jednej strony czułam radość, jakby los podarował mi drugą szansę. Z drugiej — niepokój, mętny jak cień pod wodą.
Telefon błysnął: „Dobranoc, moja północna tajemnico”.
Uśmiechnęłam się, lecz wewnątrz poruszyła się wątpliwość. Dlaczego tajemnico? Dlaczego nie po prostu kobieto?
Przed snem założyłam amulet na szyję. Kamień chłodził skórę. Był piękny, ale obcy, jakby należał do życia, które nie było moje. Za oknem huczało miasto. A w ciemności, pod szumem fal, pierwszy raz pomyślałam: „Co ja właściwie wiem o tym człowieku poza jego uśmiechem?”.
Następnego dnia znów zadzwonił.
— Anno, dziś pokażę ci niebo bliżej, niż kiedykolwiek widziałaś.
— Jesteś zagadkowym człowiekiem, Kamilu.
— Nie. Po prostu lubię, kiedy kobiety się uśmiechają.
Przyjechał białym terenowym autem. Ledwie zdążyłam włożyć lekką sukienkę i schować pod nią amulet. W drodze opowiadał o górach, dawnych legendach pustyni, kamieniach, które pamiętają więcej niż ludzie. Jego głos kołysał, czas się rozpuszczał.
Po godzinie wyjechaliśmy za miasto. Droga wchodziła w piasek, horyzont topniał od upału. Ziemia zdawała się drżeć od oddechu słońca.
— To inny Dubaj — powiedział Kamil. — Bez szkła i blasku. Tu wszystko jest prawdziwe.
Poprowadził mnie wąską ścieżką między wydmami. Wiatr szarpał sukienkę, włosy przyklejały się do twarzy, piasek skrzypiał pod stopami. W oddali stały beduińskie namioty. Przy jednym z nich czekał mężczyzna w długiej szacie. Podniósł rękę na powitanie.
— To mój kuzyn — powiedział Kamil. — Wypijemy herbatę, potem odwiozę cię z powrotem.
Siedzieliśmy w cieniu i piliśmy słodką herbatę z miętą. Mężczyzna prawie milczał, czasem pytał o coś po arabsku. Nie rozumiałam, ale łapałam na sobie spojrzenia — uprzejme, a jednak czujne. W piersi rosło dziwne uczucie: jakbym nie była na randce, tylko w środku cudzej historii.
