— Wejdź w moje położenie, Walerciu, przecież nie jesteś obcą osobą! — głos Tani, żony brata, w słuchawce brzmiał żałośnie, z tą znajomą nutą cierpienia, od której od razu zaciskały mi się szczęki. — Ta dodatkowa praca jest mi potrzebna jak powietrze. Sama wiesz: kredyty, rachunki, a Kola znowu nie przelał alimentów. Człowiekowi tylko siąść i płakać.
Waleria ciężko wzdycha i przekłada telefon do drugiej ręki. Na kuchence kipi barszcz, w przedpokoju Barsik rozszarpuje nowe buty, a jej jedyny wolny dzień już zamienia się w filię przedszkola.
— Tania, ja chciałam się po prostu wyspać… — próbuje jeszcze protestować, chociaż z góry wie, że to nic nie da. Ten scenariusz zna już na pamięć.
— Oj, daj spokój, Lero! — Tania natychmiast przechodzi na pogodniejszy ton. — Ilja i Sawwa są już duzi, mają po osiem lat, sami się sobą zajmą. Trzeba ich tylko nakarmić i puścić bajki. Wieczorem od razu ich odbiorę, obiecuję! Ratuj mnie, kochana, za te soboty mam podwójną stawkę, może chociaż trochę wyjdę z długów.
Waleria patrzy na męża. Aleksiej rozwalił się przy kuchennym stole z gazetą i demonstracyjnie ignoruje wszystko, co dzieje się wokół. Ale gdyby spróbowała odmówić, zaraz usłyszałaby o świętym „rodzinnym obowiązku” i o tym, jaka biedna jest Tania.
— Dobrze — mówi w końcu Waleria, wyłączając palnik. — Przywieź ich. Tylko zabierz przed siódmą, bo my z Aloszą też możemy mieć swoje sprawy.
— Złoto moje, Walereczko! — zaszczebiotała Tania i rozłączyła się tak szybko, jakby bała się, że Lera jeszcze zmieni zdanie.
Pół godziny później mieszkanie eksploduje chaosem. Bliźniacy wpadają jak huragan, a ich „samodzielna zabawa” okazuje się serią zniszczeń: jeden domaga się smartfona, drugi wrzeszczy, że nie zje zupy, a kota zdążyli już przebrać w kokardę córki Walerii.
Aleksiej rozsądnie ulatnia się „do garażu, na wymianę opon” — jego ulubiona wymówka, nawet latem. Z bratankami najbardziej lubi spotykać się na progu, wręczyć czekoladę i zniknąć.
Do obiadu Walerię rozsadza ból głowy. Tania przed wyjściem wyglądała na przybitą: podkrążone oczy, rozczochrane włosy, tania wiatrówka. Opowiadała o ciężkiej robocie w centrum dystrybucyjnym, gdzie nawet w soboty musi liczyć pudła. „Kurz wszędzie, nogi odpadają…” — mówiła, a Walerii ściskało się serce. W końcu Tania sama wychowuje dwóch chłopców, były mąż dawno przepadł razem z alimentami i ojcowskimi obowiązkami.
Tak wygląda to już od pół roku: każda sobota, a czasem i niedziela, zamienia mieszkanie Walerii w tor przeszkód. Dacza, teatr, a nawet zwykłe poleżenie z książką stały się luksusem.
Tamtego dnia wieczorem wszystko zaczęło się sypać. Była już ósma, a Tani wciąż nie było. Telefonu nie odbierała.
— Losza, zadzwoń do Tani — mówi Waleria, sadzając rozhukanych chłopców na kanapie i włączając im bajki.
— Dzwoniłem — burczy mąż, od którego pachnie nie tyle olejem silnikowym, ile piwem. — Pewnie na magazynie nie ma zasięgu. Albo padła bateria. Haruje do upadłego, biedna dziewczyna…
Tania pojawia się dopiero około dziesiątej. Policzki ma rozpalone, na ustach rozproszony uśmiech, ale dla pozoru trzyma się za plecy.
— Kręgosłup mi wysiada… Tyle tych pudeł nosiłam… Lero, dziękuję ci, ratujesz mnie.
Pachnie od niej czymś drogim, przyjemnym — mieszaniną luksusowego szamponu i egzotycznego olejku.
— Zmieniłaś perfumy? — pyta Waleria, pomagając jej ubrać śpiących chłopców.
Tania na sekundę sztywnieje, strach błyska jej w oczach, ale zaraz się poprawia:
— Co ty! Dziewczyny na magazynie dostały próbki, psiknęłam sobie z ciekawości. Okropnie śmierdzi, prawda?
Kiedy drzwi zamykają się za nimi, w Walerii zostaje niepokój. Ten zapach… To nie była żadna tania próbka. To był „Sandał i paczula”, dokładnie ten sam aromat z salonu na Leśnej, do którego dostała kiedyś voucher od współpracowników. Odpędza jednak tę myśl. Przecież nie będzie podejrzewać własnej bratowej, która ledwo wiąże koniec z końcem.
Tydzień mija jej pod znakiem pracy: Waleria jest księgową, a okres rozliczeń wyciska z niej resztki sił. Do piątku marzy już tylko o śnie. Ale wieczorem Aleksiej oznajmia:
— Dzwoniła Tania. Błaga, żebyśmy wzięli dzieci na weekend z noclegiem. Ma nocną zmianę.
Waleria zamyka oczy.
— Losza, ja nie dam rady. Mam skoki ciśnienia, trzeci dzień źle się czuję.
— Sama rozumiesz, to twoja rodzina! Ona pracuje, a ty nie chcesz pomóc? Jesteś zdrowsza, własnych dzieci nie wychowujecie…
Nie ma siły się kłócić.
— Dobrze. Ale to ostatni raz. Koniec.
W sobotę od rana wszystko przebiega według znajomego scenariusza. Tania podrzuca chłopców i znika w pośpiechu, rzucając tylko przez ramię: „Brygadzista dziś szaleje”.
Do południa Sawwę zaczyna boleć ząb. Policzek puchnie, mały popłakuje.
— Losza, trzeba jechać do dentysty. To wygląda na ropień.
— W sobotę wszędzie pełno ludzi, daj mu tabletkę.
— Nie. Jedziemy prywatnie. Dzwoń do Tani, trzeba zapytać o polisę.
Telefon Tani, rzecz jasna, jest poza zasięgiem.
— Już, jedziemy prywatnie — decyduje Waleria.