— Proszę, na litość boską… — wydyszała nieznajoma, wciskając jej dziecko w ramiona. — I torbę też, dobrze? Tylko skoczę po wodę do kiosku.
Alina nie zdążyła nawet zaprotestować, gdy obce dłonie już puściły maleństwo, a ciężar spadł na nią cały naraz. W objęciach miała płaczącego niemowlaka, a na ramieniu zwisała wielka sportowa torba, której pasek boleśnie wbijał się w skórę.
Kobieta była szybka, roztrzęsiona, z jakimś gorączkowym blaskiem w oczach, i po chwili zniknęła w tłumie na Moskiewskim dworcu.
Alina patrzyła za nią bezradnie, a gwar ogromnej hali przygniatał jej uszy. Z głośników coś skrzeczał spiker, ale słowa niknęły w hałasie. Niemowlę przez sen marszczyło brwi i lekko poruszało usteczkami.
Minęła minuta. Potem pięć. Potem dziesięć.
Pociąg przy peronie syknął parą, a tamtej kobiety wciąż nie było. Niepokój zaczął wspinać się Alinie od brzucha aż do gardła. Poprawiła kocyk i wpatrzyła się w dziecko. Czyje jesteś? Gdzie jest twoja mama?
— Alisza, o czym tak myślisz?
Kola podszedł prawie bezszelestnie i położył jej rękę na ramieniu. Jego dłoń, szorstka od podróży i znajoma do bólu, na sekundę ją uspokoiła.
— Już wszystko wiem — mruknął krótko, patrząc na torbę.
Schylił się, chwycił ją, postawił na brudnej posadzce i szarpnął zamek.
— Co ty robisz? To nie nasze! — oburzyła się Alina szeptem.
— Poczekaj. Już nasze — odpowiedział ponuro.
Pod grubą warstwą dziecięcych ubranek leżała biała, wypchana koperta. Kola wyjął ją i zajrzał do środka. Alina dostrzegła gruby plik rubli, a pod nim kartkę złożoną na czworo.
Kola rozwinął list. Alina czytała przez jego ramię:
„Wybaczcie. On nie ma nikogo poza mną, a ja mam już tylko długi i strach. Tak będzie lepiej. Pieniądze to wszystko, co mogę mu dać. Ma na imię Dima”.
Pociąg zadzwonił metalicznie, zaskrzypiał i wolno odjechał, zabierając ze sobą ostatnią nadzieję, że to tylko jakaś pomyłka.
Gwar dworca jakby nagle przycichł, a oni zostali sami pośrodku wielkiej hali — z cudzym dzieckiem, cudzymi pieniędzmi i cudzym nieszczęściem, które właśnie stało się ich własnym.
— I co teraz? — głos Aliny drżał.
Kola milczał, patrząc na plik banknotów. W jego oczach nie było ani chciwości, ani ulgi. Tylko tępa, ciężka pustka.
— Trzeba iść na policję — powiedziała bardziej do siebie niż do niego. — Powiedzieć, że znaleźliśmy.
Kola gorzko się uśmiechnął, wsunął pieniądze i list z powrotem do koperty, wrzucił ją do torby i zapiął suwak.
— Znaleźliśmy? Ańka, opanuj się. Stoimy na środku dworca z niemowlakiem i torbą wypchaną pieniędzmi. Co powiemy? Że jakaś kobieta poszła po wodę? Przecież od razu zrobią z nas złodziei.
Mówił chłodno, twardo, jakby każde słowo było z lodu.
Chłopiec na rękach Aliny otworzył oczy — wielkie, poważne, ciemne jak burzowe niebo. Nie płakał. Po prostu patrzył. I od tego spojrzenia coś ścisnęło ją w środku.
— Co chcesz zrobić? Zostawić go tutaj? — zapytała, czując łzy podchodzące do oczu.
— Chodźmy — uciął Kola, podnosząc torbę i ich starą walizkę. — Po prostu wracamy do domu.
Droga do wsi ciągnęła się bez końca. Stary autobus trząsł na każdej dziurze, a Dima płakał tak, jakby o coś błagał. Ludzie szeptali między sobą, ktoś zniecierpliwiony syczał przez zęby. Alina, czerwona ze wstydu, próbowała go uspokoić, mamrocząc bezładne słowa.
Ona i Kola nie mieli dzieci. Lata prób, nadziei i późniejszych rozczarowań zamieniły ten temat w prawie zakazane słowo.
W domu przywitała ich głucha cisza. Kola bez słowa odstawił torbę w kąt, jakby była zatruta.
— Trzeba go nakarmić — powiedziała cicho Alina.
— Czym? — rzucił ostro, patrząc jej prosto w twarz.
W jej oczach widział zmęczenie. W swoich miał porządek, do którego przywykł: praca, dom, ogród, codzienny rytm. To dziecko było chaosem, wyrwą w zwyczajnym życiu, czymś, czego jego rozum nie umiał przyjąć.
— Pójdę do Mariny. Jej synek ma rok, może mi coś doradzi — powiedziała Alina.
— Stój. I co jej opowiesz? Że przywieźliśmy siostrzeńca? Że niby ktoś nam go zostawił? Nasza wieś to mrowisko. Jutro wszyscy będą wiedzieć, skąd to dziecko i czyje.
Miał rację. Każde kłamstwo wypłynęłoby po dwóch dniach, a prawda brzmiała jak wyrok.
W nocy Dima znowu płakał i nie dawał się uspokoić. Kola spał na kanapie, odwrócony do ściany. Alina chodziła po ciasnym pokoju od kąta do kąta, kołysząc dziecko.
— Nie możemy go oddać, Kola — powiedziała rano, gdy pił wodę z kubka.
— A ja nie mówię, że oddamy — odpowiedział cicho. — Zawieziemy go do domu dziecka. Jutro pojedziemy do miasta i powiemy, że ktoś podrzucił go nam pod drzwi.
— A pieniądze? — spytała.
Kola z hukiem odstawił kubek na stół.
— Pieniądze spalimy! Albo zakopiemy! To nie jest żadna zapłata, Ańka, tylko pułapka. Ta kobieta odwróciła się od niego i chciała jeszcze kupić nasze milczenie.
— Ona po prostu chciała, żeby miał za co żyć…
— Chciała, żeby nas wsadzili do więzienia, jeśli ktoś nas dorwie! — niemal krzyknął. — Wpakowaliśmy się po uszy. Jedyny sposób to pozbyć się wszystkiego. Jego też. I tych pieniędzy.