Poprosiła, żeby przez chwilę potrzymać dziecko i torbę na dworcu, po czym rozpłynęła się w tłumie, a kiedy otworzyli torbę, w środku leżały pieniądze i list, który na zawsze odmienił ich życie

Alina patrzyła na Kolę — człowieka, którego kiedyś kochała, a który teraz był gotów spalić cudze pieniądze i oddać cudze dziecko do przytułku. Rozumiała jego strach. Ale kiedy spoglądała na śpiącego Dimę w ich łóżku, lęk ustępował miejsca dziwnemu uczuciu, którego nie umiała nazwać.

Rano Kola był już zdecydowany. Wyciągnął starą podróżną torbę i bez słowa zaczął pakować do niej znalezione dziecięce rzeczy.

— Za godzinę autobus. Jedziemy do miasta, zostawimy go pod wejściem do szpitala. I to będzie koniec — powiedział, nie patrząc na Alinę.

Alina stała w drzwiach, tuląc do piersi śpiącego Dimę.

— Kola, nie rób tego… Zastanów się.

— Już się zastanowiłem! — odciął się. — Nie chcę iść do więzienia za cudzy grzech. A ty chcesz?

— A może Bóg go nam zesłał, Kola… Przecież my…

— Nie waż się! — syknął tak boleśnie, że aż cofnęła się o krok. — Podrzucili nam problem i ja ten problem rozwiążę. Daj mi go.

Wyciągnął ręce, żeby zabrać Dimę.

I właśnie wtedy wszystko się dla Aliny skończyło: mąż, spokojne życie, dawny strach. Został tylko ten mały ciepły ciężar na jej ramieniu, którego musiała bronić.

— Nie — powiedziała twardo, pewnie, aż sama siebie nie poznała.

Kola znieruchomiał.

— Jakie „nie”? Ańka, nie wygłupiaj się.

— Nie oddam go.

Kiedy Kola krzątał się po domu, szykując „podrzutka”, Alina, kołysząc Dimę, gorączkowo układała plan. Wyjazd wydawał się szaleństwem, ale miała kuzynkę w mieście, w obwodowym centrum. Kontakt urwał im się lata temu, ale kiedyś Luda zapraszała ją do siebie. Alina odnalazła w starej książeczce adresowej pożółkłą kartkę i drżącymi palcami wykręciła numer na telefonie z tarczą w przedpokoju.

— Halo, Luda? To ja, Ania Sokołowa… Pamiętasz mnie? Mam kłopot. Mogę przyjechać? Na kilka dni, dopóki czegoś nie wymyślę…

Nie wymyślała zmyślonych historii, ale całej prawdy też nie powiedziała — tylko tyle, że ma problemy z mężem i musi wyjechać. Kuzynka po chwili wahania się zgodziła. To była jej jedyna szansa.

Alina wróciła do pokoju spokojna, niemal opanowana. Wyjęła z szafy starą torbę, schowała do niej paszport, portfel i kilka swoich rzeczy. Potem podeszła do bagażu i wyciągnęła kopertę z pieniędzmi. Każdy banknot należał do Dimy, nie do niej i nie do Koli.

— Co ty wyprawiasz? — Kola wpadł do pokoju. — Zwariowałaś?

— Może — spojrzała mu prosto w oczy. — Ale jego nie zdradzę. Raz już został zdradzony. Wystarczy.

— I dokąd pójdziesz? Myślisz, że Luda ucieszy się, jak przywieziesz jej obce dziecko?

— Nie wiem. Ale nie zostanę tutaj i nie będę patrzeć, jak niesiesz go jak szczeniaka, żeby go porzucić.

Włożyła kurtkę, jedną ręką przytrzymując Dimę, drugą zarzuciła torbę na ramię.

— Ańka, stój! — krzyknął. W jego głosie zabrzmiała rozpaczliwa prośba. — Pieniądze… Zostaw pieniądze! To przecież dowód!

Alina zatrzymała się na progu.

— To nie dowód, Kola. To jego szansa. I moja też.

Wyszła i zamknęła za sobą drzwi, zostawiając mężczyznę samego z jego strachem i rozpaczliwym pragnieniem, żeby wszystko było „jak należy”.

Piętnaście lat później drzwi ich niewielkiego, ale przytulnego mieszkania w centrum obwodowym otworzyły się i do środka wszedł wysoki chłopak z plecakiem.

— Mamo, jestem.

Dmitrij Sokołow. Już nie mały Dima, lecz osiemnastolatek. Alina od razu dała mu swoje panieńskie nazwisko, odcinając się od dawnego życia. Był poważny, miał uważne oczy, świetnie rysował i szykował się na studia architektoniczne.

Alina wyszła z kuchni, wycierając ręce o fartuch. Zmieniła się: zniknęła wiejska łagodność, a na jej miejsce przyszła miejska pewność siebie. Tylko delikatne zmarszczki przy oczach pamiętały bezsenne noce.

— Jak dzień?

— Dobrze. Oddałem szkice, wykładowca mnie pochwalił.

Uśmiechnął się, a Alina po raz tysięczny pomyślała, że było warto.

W drzwiach rozległ się dzwonek. Oboje spojrzeli po sobie. Alina poszła otworzyć. Na progu stał siwy, przygarbiony mężczyzna w znoszonej kurtce. Oczy miał wyblakłe i zmęczone. Nie od razu poznała w nim Kolę.

— Dzień dobry, Ańka.

— Po co tu przyszedłeś?

— Zobaczyłem w obwodowej gazecie artykuł o młodym, utalentowanym architekcie Dmitriju Sokołowie. Było zdjęcie. Zrozumiałem, że to wy. Podobny do ciebie. Odnalazłem was. Przyszedłem prosić o wybaczenie. Byłem głupi. Tchórz. Wtedy sprzedałem chałupę, myślałem, że zwariuję, włóczyłem się po miastach, pracowałem, gdzie mnie przyjęli. Czekałem, aż mi przejdzie. Nie przeszło.

Z pokoju wyszedł Dmitrij i spojrzał najpierw na matkę, potem na obcego człowieka.

— Mamo, wszystko w porządku?

Kola drgnął, gdy zobaczył chłopaka. Patrzył na wysokiego, przystojnego młodzieńca, a na jego twarzy odmalował się ból. Widział wszystko, co stracił.

— Dimka, to… — Alina zawahała się. — To Kola. Człowiek z mojej przeszłości.

Dmitrij skinął głową i wyciągnął rękę.

— Dzień dobry.

Kola uścisnął ją niepewnie, a potem wyjął z wewnętrznej kieszeni wytartą książeczkę oszczędnościową.

— Tych pieniędzy, które zabrałaś, nie ruszyłem. Sprzedałem dom, wszystko wpłaciłem na konto. Na jego nazwisko. Nawet odsetki urosły. Weź to. To dla niego. Na naukę. Chciałem, żebyś wiedziała… nie jestem potworem. Po prostu się bałem.