Marta odgarnęła włosy z czoła i spojrzała na dom rodziców Tomasza. Duży, ceglany budynek na obrzeżach Płocka nadal wydawał jej się przesadnie przestronny jak na dwoje starszych ludzi. W oknach migotały świąteczne lampki, na ganku stały dwie donice z oszronionymi gałązkami świerku, a podjazd był odśnieżony z niemal wojskową dokładnością.
— Gotowa? — Tomasz wyjął z bagażnika torby.
— Tak — odpowiedziała, zmuszając usta do uśmiechu.
Przez piętnaście lat małżeństwa nauczyła się ukrywać napięcie tak dobrze, że czasem sama nie potrafiła już rozpoznać, kiedy naprawdę była spokojna, a kiedy tylko grała rolę opanowanej żony.
Drzwi otworzyła Krystyna. Miała świeży makijaż, starannie ułożone włosy i nowy, elegancki szlafrok.
— No, nareszcie jesteście! Tomeczku, kochanie! — objęła syna i pocałowała go w policzek. Na Martę zerknęła przelotnie. — Dzień dobry, Martusiu.
— Dzień dobry — odpowiedziała Marta i podała jej pudełko ręcznie robionych pralinek.
Krystyna uniosła brwi.
— A po co to? Ojcu znowu skoczył cukier.
Tomasz, jak zwykle, udał, że nie słyszy.
W salonie Stanisław siedział przed telewizorem i oglądał wiadomości. Przywitał ich krótkim skinieniem głowy, nie odrywając wzroku od ekranu.
— Obiad będzie za godzinę — oznajmiła Krystyna. — Tomek, chodź później do kuchni, pomożesz mi. Marta może sobie odpocząć.
Odpocząć. Jakby była tutaj nie członkiem rodziny, lecz zbędnym gościem, któremu trzeba znaleźć kąt, żeby nie przeszkadzał.
Marta poszła do pokoju gościnnego. Rozpakowała kilka rzeczy, po czym usiadła na brzegu łóżka. Przez ścianę dobiegały głosy Tomasza i jego matki. Rozmawiali o sąsiadach, lekach, rachunkach i pracy. O wszystkim, co ich łączyło. O niczym, co dotyczyłoby jej.
Po co wciąż przyjeżdżali tu co miesiąc? Dla zachowania pozorów? Z przyzwyczajenia? A może Tomasz naprawdę tęsknił za rodzicami i nie widział ceny, jaką za te wizyty płaciła jego żona?
— Marta, do stołu! — zawołała Krystyna.
Na obrusie stały potrawy niemal identyczne jak podczas każdej wizyty: pieczony schab, ziemniaki z koperkiem, buraczki i półmisek surówki.
— Tomek mówił, że znowu byliście na urlopie w Chorwacji — zaczęła teściowa. — My w waszym wieku jeździliśmy na działkę. Człowiek przynajmniej coś zrobił, pomalował altanę, posadził pomidory. Był z tego pożytek.
— Czasy trochę się zmieniły — odpowiedziała Marta spokojnie.
— Owszem, zmieniły. Kiedyś rodzina była ważniejsza niż przyjemności.
Marta poczuła, jak całe ciało napina się w oczekiwaniu na następny cios. Tomasz jadł bez pośpiechu, jakby rozmowa wcale go nie dotyczyła.
— A kiedy wreszcie zdecydujecie się na dziecko? — Stanisław oderwał wzrok od talerza. — Lata lecą.
— Tato, rozmawialiśmy już o tym — powiedział cicho Tomasz.
— Rozmawialiście, rozmawialiście, a efektów nie ma.
Marta gwałtownie odsunęła krzesło.
— Przepraszam. Rozbolała mnie głowa. Położę się.
W pokoju zamknęła drzwi i oparła się o nie plecami. Drżały jej palce. Znowu te same aluzje, te same pretensje i ten sam mąż, który zamiast stanąć obok niej, wybierał milczenie.
Tomasz wszedł mniej więcej pół godziny później.
— Co się stało?
— Nic. Jestem zmęczona.
— Oni nie mają złych intencji. Martwią się.
Martwią się.
To słowo zabolało bardziej niż jawna obelga. Marta odwróciła się do ściany.
— Dobranoc.
Położył się obok i zasnął niemal natychmiast. Ona leżała z szeroko otwartymi oczami, wsłuchując się w jego równy oddech. Myślała o kolejnym przyjeździe, kolejnym pytaniu przy stole, kolejnym wieczorze, podczas którego wszyscy rozmawiali tak, jakby jej nie było. I o nieskończonej ciszy Tomasza.
Piętnaście lat.
Czy to naprawdę miało się nigdy nie skończyć?
Obudziła się około trzeciej nad ranem. Chciało jej się pić, a skronie pulsowały tępym bólem. Tomasz rozłożył się niemal na całym łóżku.
Marta ostrożnie wstała i wyszła na korytarz. Mała lampka przy schodach ledwie rozpraszała ciemność, a stare deski cicho skrzypiały pod stopami.
Tuż przed kuchnią zatrzymała się.
W środku rozmawiali teściowie.
— …i wciąż trzyma przy sobie tę bezpłodną szkapę — syknęła Krystyna. — Piętnaście lat! Ani dziecka, ani żadnego pożytku.
— Ciszej, bo usłyszy — mruknął niezadowolony Stanisław.
— Niech słyszy! Może wreszcie zacznie myśleć. Tomek mógł ożenić się z każdą. Przystojny, dobrze zarabia, ma mieszkanie.
Marta przywarła plecami do ściany. Serce waliło tak głośno, że bała się, iż jego uderzenia obudzą cały dom.
— I co zamierzasz zrobić? — zapytał Stanisław.
— Jutro porozmawiamy z nim jak należy. Musi zrozumieć, że życie ucieka. Ma czterdzieści trzy lata, jeszcze może stworzyć normalną rodzinę.
— A mieszkanie? Samochód?
— Mieszkanie jest na Tomka. Pomagaliśmy przecież przy wkładzie własnym. Samochód też jest jego. Jej zostaną co najwyżej te żałosne grosze.
Krystyna zaśmiała się krótko i nieprzyjemnie.
— Bibliotekarka… Wielkie mi pieniądze.
— Myślisz, że się zgodzi? — burknął Stanisław.
— Oczywiście. Zawsze mnie słuchał. Teraz też posłucha. Trzeba tylko odpowiednio mu to przedstawić. Powiedzieć, że jest nieszczęśliwy, że marnuje życie przy tej… jak ona ma…
