Przez piętnaście lat milczał, gdy jego matka ją upokarzała — dopiero nocą Marta usłyszała prawdę, która zburzyła całe jej dotychczasowe życie

— Marcie.

— Właśnie. Najwyższy czas pozbyć się zbędnego ciężaru.

Zbędny ciężar.

Piętnaście lat była dla nich zbędnym ciężarem.

— A jeśli zacznie się sprzeciwiać? — zapytał teść.

— Nie zacznie. Tomasz nigdy mi się nie przeciwstawiał.

Zadźwięczały filiżanki. Trzasnęły drzwiczki kredensu.

— Dobrze — powiedziała Krystyna. — Chodźmy spać. Jutro wszystko załatwimy.

Marta dotarła do łazienki i przekręciła zamek. Usiadła na zamkniętej desce sedesowej, zakrywając twarz dłońmi.

Zbędny ciężar. Bezpłodna szkapa.

Przez tyle lat się starała. Przygotowywała świąteczne potrawy, wybierała prezenty, pamiętała o urodzinach, znosiła uszczypliwości, uśmiechała się, choć miała ochotę płakać. A teraz planowano wyrzucić ją z życia Tomasza jak zużyty mebel.

I Tomasz się zgodzi. Oczywiście, że się zgodzi. Zawsze wybierał matkę.

Wróciła do pokoju. Mąż spał spokojnie, jakby na świecie nie istniały ból, upokorzenie ani zdrada. Marta położyła się obok i czekała na świt.

O siódmej wstała, ubrała się i zaczęła pakować rzeczy. Tomasz otworzył oczy.

— Dlaczego tak wcześnie wstałaś?

— Wyjeżdżam.

— Jak to wyjeżdżasz? Mieliśmy zostać do wieczora.

— Chcę wrócić do domu. Teraz.

Podparł się na łokciu i rozejrzał po pokoju, jakby odpowiedź mogła leżeć gdzieś między walizką a zasłoną.

— Co się stało?

— Nic. Po prostu jadę.

— Ale rodzice…

Marta podniosła torbę.

— Powiesz im, że źle się czuję.

— Pojadę z tobą.

— Nie trzeba. Zostań z nimi.

Wyszła na korytarz. W przedpokoju założyła kurtkę i zamówiła taksówkę.

— Marta, dokąd ty się wybierasz? — Krystyna stanęła w drzwiach kuchni. — Śniadanie jest już na stole.

— Do domu. Dziękuję za gościnę.

— Tak nagle?

Marta spojrzała na jej starannie pomalowane usta i chłodny błysk w oczach.

— Mam sprawy.

Taksówka przyjechała po dziesięciu minutach. Marta zamknęła za sobą drzwi domu i usiadła na tylnym siedzeniu.

Zbędny ciężar sam zwolnił miejsce.

W mieszkaniu zaparzyła mocną herbatę. Cisza osiadła jej na ramionach. Zwykle wracali późnym wieczorem, zmęczeni, jedli coś szybko i rozchodzili się do swoich zajęć. Teraz była sobota, dochodziła jedenasta, a ona siedziała sama przy kuchennym stole.

Telefon zadzwonił.

Tomasz.

— Dojechałaś?

— Tak.

— Mama powiedziała, że zachowywałaś się jakoś dziwnie.

Dziwnie.

Marta cicho się roześmiała, choć w tym dźwięku nie było ani odrobiny wesołości.

— Wszystko w porządku. A u was?

— Jak zwykle. Wrócę wieczorem. Porozmawiamy.

— Dobrze.

Rozłączyła się i rozejrzała po mieszkaniu. Tapety wybierali razem. Meble również. To prawda, że rodzice Tomasza dołożyli kiedyś pieniądze do wkładu własnego. Według logiki Krystyny oznaczało to jednak, że Marta nigdy nie miała tu żadnych praw.

Podeszła do szafy i wyjęła teczkę z dokumentami. Akt małżeństwa, umowa kredytowa, akt notarialny.

Mieszkanie należało do nich obojga.

Kolejne kłamstwo starej wiedźmy.

Marta wsunęła dokumenty z powrotem do teczki i długo stała przy oknie. Za szybą przesuwało się szare miasto. Samochody wolno ciągnęły ulicą, ludzie nieśli zakupy, ktoś biegł na autobus, ktoś rozmawiał przez telefon. Każdy dokądś zmierzał.

Ona stała w mieszkaniu, które przez lata nazywała domem, i nagle zobaczyła, jak niewiele było w nim jej samej. Wszystko wybierała tak, by pasowało Tomaszowi. Kolory, meble, układ półek, nawet lampę nad stołem. Jego gust, jego zwyczaje, jego wygoda. W rezultacie wnętrze przypominało portret jednego człowieka, a jej obecność rozpłynęła się gdzieś między ścianami.

Wzięła drugi kubek herbaty i upiła łyk. Pozostawało czekać na wieczór. Rozmowa była nieunikniona. Tym razem jednak Marta nie zamierzała milczeć.

Telefon zawibrował na stole.

Wiadomość od Agnieszki: „Gdzie jesteś? Brzmiałaś dziwnie. Wszystko dobrze?”

Marta nie odpowiedziała od razu. Nie chciała się skarżyć. Nie chciała wyglądać na słabą. Lecz gdy przypomniała sobie nocne słowa teściowej, napisała: „Jutro do ciebie przyjadę. Muszę porozmawiać”.

Agnieszka niemal natychmiast wysłała serce i krótkie: „Czekam”.

Marta odłożyła telefon. Coraz mocniej czuła, że jej dawne życie zbliża się do końca.

A może właśnie zaczynało się nowe?

Nie wiedziała.

Drzwi trzasnęły około wpół do szóstej. Tomasz wrócił wcześniej, niż zapowiadał. Zdjął buty, wszedł do kuchni i zauważył na stole równy stos dokumentów.

— Co to jest?

— Nasze papiery. Nie poznajesz?

— Po co je wyciągnęłaś?

— Chciałam coś sprawdzić — odpowiedziała chłodno.

— Co takiego?

Marta spojrzała na męża, jakby po raz pierwszy widziała go naprawdę. Zdezorientowane oczy, uniesione brwi, palce drżące prawie niedostrzegalnie. Bał się bezpośrednich rozmów. Bał się ich od zawsze.

— Mieszkanie jest zapisane na nas oboje, Tomasz.

— No… tak.

— Wiedziałeś, że twoja matka opowiada coś innego?

— Co znaczy „coś innego”?

— Dokładnie to, co mówię. Jest przekonana, że całe mieszkanie należy wyłącznie do ciebie.

Tomasz zmarszczył czoło, usiadł przy stole i przeczesał włosy dłonią.

— Mama często przesadza. Mówiłem jej, że wszystko zapisaliśmy wspólnie, ale przecież ją znasz. Ona…